Sierpień: Oklahoma, Hrabstwo Osage

Sierpień Tracy`ego Lettsa to utwór, który krytycy uznali za największe osiągnięcie w dramaturgii amerykańskiej początku XXI wieku. Opinię tę potwierdziła przyznana autorowi w 2008 roku Nagroda Pulitzera – najpoważniejsze wyróżnienie literackie w USA. Sztuka cieszyła się niebywałym powodzeniem u publiczności – na Broadwayu grana była bez przerwy przez trzy lata, a do kasy biletowej ustawiały się długie kolejki; stała się również teatralnym przebojem na wielu scenach europejskich.

Co jest przyczyną tak wielkiego, międzynarodowego sukcesu Sierpnia? Najkrócej mówiąc: temat i forma. Tracy Letts, dramatopisarz, ale i aktor, z zawodowym wyczuciem praw sceny, buduje przejmującą historię trzypokoleniowej, oddalonej od siebie rodziny, którą do spotkania i konfrontacji postaw zmusza samobójcza śmierć ojca. Przy pomocy wartkich dialogów autor tworzy soczyste postaci ludzi zagubionych i nieszczęśliwych, którzy nie potrafią zapomnieć o dawno doznanych cierpieniach i wciąż wzajemnie się ranią. Mistrzostwo, z jakim Letts ukazuje skomplikowany splot psychologicznych motywacji i wzajemnych relacji, stawia jego sztukę w nurcie najświetniejszej tradycji realistycznego dramatu amerykańskiego, jaką stworzyli Eugene O`Neill, Tennessee Williams i Arthur Miller.

Nagrody:
- 5 Tony Awards 2008 (w tym za najlepszą nową sztukę)
- Pulitzer Prize for Drama 2008
- New York Drama Critics Circle Awards za najlepszą sztukę 2007-08
- 3 Drama Desk Awards 2008 (w tym za najlepszą sztukę)
- 3 Outer Critics Circle Awards 2008 (w tym za najlepszą nową sztukę na Broadway'u)
- Drama League Award 2008
- 6 Jeff Awards 2007
Światowa premiera: Steppenwolf Theatre Company, Chicago Illinois, 28 czerwca 2007
Premiera na Broadway'u: Imperial Theater, 4 grudnia 2007
Premiera w Londynie: Royal National Theatre, 26 Listopada 2008

Time Out New York

"Niezwykłe osiągnięcie dramaturgiczne: tragikomiczny portret twardego kraju i jeszcze twardszych ludzi"

New York Magazine

"August: Osage County to sztuka jaką O'Neill napisałby w 2007. Lettsowi udało się dać sztuce wzniosłość, jaka cechowała najwybitniejsze dramaty ze złotych lat pięćdziesiątych, a jednocześnie stworzyć coś zupełnie nowego."

Variety

"Stary, dobry amerykański dramat rodzinny, z rozmachem i stylem. Trzy akty, ponad trzy godziny, kipiący okrucieństwem, jakie potrafią sobie zadać jedynie ludzie sobie najbliżsi. Sztuka świadomie zachęca do porównań z klasykami takimi jak "Zmierzch długiego dnia" czy "Kto się boi Virginii Woolf". I trzeba przyznać, że doskonale ciężar tych porównań wytrzymuje. Jest głęboka, zabawna, bogata, surowa, intensywna, pełna okrucieństwa i okrutnego dowcipu. To, co przedstawia, jest czarne - to, jak to robi, skarży się i błyszczy."



Galeria ze spektaklu:

zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień
zdjęcie ze spektaklu Sierpień

Recenzje

"Sierpień w lutym", Bronisław Tumiłowicz, Przegląd nr 38

Nareszcie sztuka zrealizowana po bożemu, i to w teatrze znanym raczej z mniej lub bardziej udanych eksperymentów. "Sierpień" jest typową historią rodzinną, z tajemnicami, które ludzie duszą w sobie, a czasem je z siebie wypluwają. Na scenie wszystko jednak dzieje się naprawdę, tj. realistycznie. Aktorzy, a obsada jest wręcz sensacyjna, tworzą postacie barwne, różnorodne, charaktery silne i nie, takie jak w życiu. Nie ma ani jednej stabszej roli, choć oczywiście starszym przypadają zadania trudniejsze, a mtodsi grzeją się w cieple ich talentów i doświadczenia. Prym wiedzie Teresa Budzisz-Krzyżanowska, zaraz za nią rolę najstarszej córki odtwarza z niebywałym dynamizmem Ewa Błaszczyk. Doskonale są też pozostałe córki grane przez Edytę Jungowską i Joannę Trzepiecińską. Mężczyźni stanową w tym dramacie słabszą płeć, poddają się władzy kobiet, ale też robią to absolutnie przekonująco. 180 minut przedstawienia ogląda się z zainteresowaniem, w czym jest też zasługa reżysera. Cały spektakl - scenografia, światła, muzyka, projekcja wideo - został zresztą przygotowany z ogromną starannością i profesjonalizmem, więc "Sierpień", choć nie odnosi się do żadnych aktualnych wydarzeń ani nastrojów, będzie kandydować do tytułu przedstawienia roku 2012.

"Sierpień", CLAUDIA nr 3/03.2012

Banalna (pozornie) historia trzypokoleniowej rodziny, której członkowie spotykają się po samobójczej śmierci ojca, stała się okazją, by na jednej scenie zobaczyć Teresę Budzisz-Krzyżanowską, Ewę Błaszczyk, Ewę Kasprzyk, Joannę Trzepiecińską, Edytę Jungowską.

Dramat ten został uznany za najwybitniejszy utwór amerykański początku XXI wieku. Autorowi Tracy'emu Lettsowi przyznano w 2008 roku literackiego Oscara, czyli Nagrodę Pulitzera. Sztuka cieszyła się niebywałym powodzeniem publiczności na Broadwayu - grana była trzy lata bez przerwy! Do kasy biletowej ustawiały się długie kolejki. Co jest powodem międzynarodowego sukcesu tego przedstawienia? Zapewne wartkie, żywe dialogi, które Letts, jak na zawodowego dramatopisarza i aktora przystało, buduje z ogromnym wyczuciem sceny. Stworzył pełnokrwiste postaci ludzi zagubionych i nieszęśliwych, którzy nie potrafią zapomnieć o dawno doznanych krzywdach, cierpieniach i wciąż wzajemnie się ranią. Kluczem do sukcesu polskiej wersji "Sierpnia" są występujący w nim artyści. Obok wspaniałych aktorek występują w nim panowie: Przemysław Bluszcz, Krzysztof Franieczek, Jacek Różański, Mirosław Zbrojewicz, Wojciech Zieliński. Spektakl w reżyserii Grzegorza Brala.

Spóźniona terapia" Hanna Karolak, Gość Niedzielny nr 7/19.02 dodatek

Na Broadwayu grana była bez przerwy przez trzy lata, a do kasy biletowej ustawiały się długie kolejki. Najnowsza premiera w reżyserii Grzegorza Brala nawiązuje do najlepszych tradycji dramatu amerykańskiego.

Bolesny obraz życia rodziny, która przez wiele lat nie jest w stanie zapomnieć o wzajemnych krzywdach, a jej niezabliźnione rany wciąż jątrzą, przypomina świat znany ze sztuk Eugene O'Neilla czy Arthura Millera. Ta dotkliwa wiwisekcja, niewygodne zwierciadło, została w pewnym momencie odrzucona przez na pozór wyzwolonego z poczucia winy widza. I tym samym przez teatr. Okazało się jednak, że taki gorzki rachunek sumienia może być drogą do samooczyszczenia, stąd ogromne powodzenie sztuki Tracy'ego Lettsa "Sierpień". Nagroda Pulitzera za tekst, potem triumfalny korowód przez teatry Ameryki i Europy, aż po polską scenę.

By jednak nadać odpowiednią rangę tym rodzinnym konfliktom, by nie brzmiały banalnie jak w mieszczańskim dramacie, teatr musi nie tylko z ogromnym wyczuciem podejść do realizacji scenicznej, ale też skompletować obsadę z najwyższej aktorskiej półki. Tak się też stało za sprawą inscenizacji Grzegorza Brala.

Obraz trzypokoleniowej rodziny Westonów - tyleż tragiczny, co odrażający - odsłania przez lata skrywane tajemnice. Jej przedstawiciele poddani są konfrontacji w momencie szczególnym: przyczyną niezaplanowanego rodzinnego zjazdu jest samobójcza śmierć ojca. Jego pogrzeb i tradycyjna stypa to okazja do odkrycia bolesnych skrzepów. Bohaterki sztuki, od najstarszej przedstawicielki rodu, uzależnionej od leków matki, przez trzy wykształcone córki, aż po najmłodszą latorośl - to osoby, które przegrały życie. Choć trudno po latach dogrzebać się przyczyn ich klęski, trudno znaleźć winnych ich wewnętrznego rozbicia. Ani wykrzykiwane histerycznie pretensje, ani próby pojednania niczego nie są w stanie zmienić. Choć gdzieś przecież na dnie tliła się miłość, dziś wygasła albo jest jedynie skrywana. Zastąpiła ją agresja, próba dominacji i demonstracja siły. Co chwila w bezładnych wybuchach gniewu, w wylewanych strumieniach żalu rodzi się nadzieja na katharsis. Ale może na oczyszczenie jest już za późno? Czy nie dlatego pożegnał się z życiem ojciec, że świat wartości, któremu był wierny, nie przystawał do piekła, jakie stało się udziałem jego najbliższych?

Aktorstwo najwyższej próby prezentują zarówno Teresa Budzisz-Krzyżanowska w roli matki, jak i obecny jedynie na ekranie Jerzy Trela. Ewa Błaszczyk, Edyta Jungowska, Wojciech Zieliński i zaskakująca w nowym wizerunku aktorskim Joanna Trzepiecińska to klasa sama w sobie. Nie sposób też pominąć zagadkowej postaci Indianki w powściągliwej interpretacji Moniki Obary. Słowem na tym poruszającym spektaklu w teatrze Studio nie zabraknie widzom wrażeń zarówno emocjonalnych, jak i artystycznych.

"Zagłada domu Westonów" Jacek Wakar, Przekrój nr 7/13.02

Niedawno Jacek Głomb, reżyser i dyrektor legnickiego Teatru im. H. Modrzejewskiej, doprowadził środowisko jeśli nie do wrzenia, to przynajmniej do małego bulgotu, ogłaszając "manifest kontrrewolucyjny". Przeciwnicy próbowali go wyśmiać, mówiąc, że w owych postulatach chodzi li tylko o to, by przedstawienia miały początek, środek i zakończenie. Głomb niezrażony twierdził, że opowiada się za teatrem opowieści, a przeciw wszechobecnym dekompozycjom, kolażom, performance'om i - kolokwialnie mówiąc - jajom zastępującym prowadzoną na serio rozmowę. Głomb zyskał właśnie kolejnego poplecznika. "Sierpień" Tracy'ego Lettsa wyreżyserowany w warszawskim Studio przez Grzegorza Brala dowodzi, że teatr opowieści ma się doskonale.

Sztuka Lettsa, który jako aktor poznał na wylot sceniczne prawidła, święci triumfy jak świat długi i szeroki. Przez dwa lata grano ją przy kompletach na Broadwayu, zgarnęła pięć nagród Tony (odpowiednik Oscara), a swemu autorowi przyniosła Pulitzera. W Polsce zagrano ją dotąd dwukrotnie - w Łodzi i Zabrzu. Spektakl Brala to najlepsza rzecz, jaka powstała w Studio od dobrych kilku lat.

Dla wszystkich, którzy znają klasykę amerykańskiej dramaturgii XX w., "Sierpień" zabrzmi znajomo. Taki utwór mogliby napisać, gdyby urodzili się kilka dekad później, Arthur Miller, Tennesse Williams, a przede wszystkim Eugene O'Neill. Trzypokoleniowa rodzina Westonów spotyka się na pogrzebie ojca rodu, zapitego tyrana i niedoszłego poety Beverly'ego (pojawiający się tylko w projekcjach Jerzy Trela). Decydujący głos należy do kobiet. Matka (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) garściami bierze leki i terroryzuje swe dorosłe córki. Te zaś - grane przez Ewę Błaszczyk, Edytę Jungowską i Joannę Trzepiecińską - pod pozorami szczęśliwego życia skrywają niezagojone rany. Ranią się tu zresztą wszyscy - z powodu charakteru, w imię swoiście pojmowanej mizantropii albo chcąc narzucić rodzinie pozór ładu. Nic z tego. Letts, a za nim Bral, portretują ludzi, których życia pękają na naszych oczach. Niczego potem nie da się posklejać. Nie będzie szczęśliwego zakończenia.

Są w tym dramacie nawiązania do amerykańskich poetów oraz (wzorem O'Neilla) jest fatum jak w antycznych tragediach, są świetne dialogi i czytelne kulminacje. Ogląda się to z zapartym tchem, bo gromadząc tzw. gwiazdorską obsadę Brał przywrócił w Studio ducha teatralnego zespołu. Wystarczy spojrzeć, jak Budzisz-Krzyżanowska, Błaszczyk, Jungowska, Trzepiecińska, Małgorzata Różniatowska się słuchają, jak reagują nawzajem na swe emocje. Rzadkie, szlachetne partnerowanie. Wieczór w Studio ma jednak dla mnie dwie bohaterki. Teresa Budzisz--Krzyżanowska po latach dostała wreszcie rolę na swoją miarę. Jej Violet ma w sobie siłę kobiet antyku, ale przegrywa z rozpadem własnej osobowości. Budzisz-Krzyżanowska na początku gra to delikatnie, by w kulminacjach niemal rozsadzać scenę. Wielka rola. Joanna Trzepiecińska natomiast została obsadzona wbrew warunkom. I krok po kroku pokazuje ogromny wysiłek lvy, by wyrwać się z kokonu rodziny, który jest więzieniem. Trzepiecińska daje swej bohaterce piękną determinację i przejmującą rozpacz. Inne aktorki, z Ewą Błaszczyk na czele (panowie są na drugim planie), też zresztą nie poprzestają na ukazaniu jednej strony osobowości swych postaci.

"Sierpnia" nie da się zatem zbyć frazesem o zwycięstwie tradycji i rzemiosła. Wolę mówić o powrocie opowieści. A skoro stoi za nią zaprawiony w eksperymentach Grzegorz Bral, Jacek Głomb musiał wyczuć pismo nosem.

""Sierpień" w Teatrze Studio. Dotkliwa diagnoza współczesności" Lidia Raś, Polska Times online

"Sierpień" w Teatrze Studio jest gorący. Spektakl skrzy się błyskotliwymi dialogami Lettsa, wyrazistymi kreacjami aktorskich gwiazd, nieustannie zaskakuje, porusza skrajne emocje, balansuje pomiędzy tragedią a farsą. Widzowi, który przyszedł podejrzeć amerykański "portret rodzinny we wnętrzu", szybko uzmysławia, że w tym krzywym zwierciadle, może się przejrzeć każdy, bo to dotkliwa diagnoza współczesnego społeczeństwa.

Grzegorz Bral, reżyser spektaklu, wychowany na tradycyjnym dramacie amerykańskim, od dawna szukał tekstu, który pozwoliłby mu do niego powrócić. Kilka lat temu w Teatrze Pieśń Kozła wyreżyserował "Pożądanie w cieniu wiązów" Eugene O'Neilla. Teraz, w Teatrze Studio, sięgnął po "Sierpień", nagrodzony Pulitzerem dramaturgiczny i psychologiczny majstersztyk Tracy'ego Lettsa, spadkobiercy amerykańskich realistów.

Popularność tej sztuki w USA była ogromna. Trudno się zresztą dziwić: celna diagnoza społeczeństwa, wszelkie jego wady jak na dłoni, liczne odwołania do rodzimego dramatu realistycznego (Arthura Millera, Tennessee Williamsa, Eugene'a O'Neilla), świetne dialogi - to przyciągało tłumy. Letts, prawdziwe "zwierzę teatralne", dramaturg i aktor, doskonale czujący scenę, napisał sztukę idealną pod względem dramaturgicznym, ale co ważne, także głęboką psychologicznie. Jej bohaterami uczynił wielopokoleniową rodzinę Westonów, która spotyka się po samobójczej śmierci Beverly'ego, seniora rodu.

Okoliczności spotkania ani na moment nie przeszkadzają członkom rodziny przywoływać zadawnione urazy, wyciągać spod dywanu pilnie strzeżone tajemnice, obciążać odpowiedzialnością za własne problemy. I jeszcze do tego: alkoholizm, narkomania, zdrady, molestowanie Można mnożyć listę chorób dotykających rodzinę Westonów. Na symultanicznej scenie, stworzonej przez Paulinę Czernek, rozgrywa się festiwal wzajemnych oskarżeń, ujawniają relacje jej członków. Oglądamy rodzinę, która z tradycyjnym wyobrażeniem nie ma już wiele wspólnego. Zdewaluowało się zresztą nie tylko to pojęcie, ale też miłość i prawda.

Do udziału w spektaklu Grzegorz Bral, zaprosił mistrzów polskiej sceny. Efekt współpracy widać w przemyślanym pod każdym względem i wypracowanym przez reżysera i zespół obrazie. Na scenie pojawiają się postaci o wyrazistych osobowościach, pogmatwane, nieprzewidywalne i niejednoznaczne. Raczej nie należy się przyzwyczajać do opinii na temat konkretnego bohatera, bo następne sceny zburzą ją w pył.

W spektaklu Brala prym wiodą kobiety. Po śmierci Beverly'ego (Jerzy Trela) na domowej arenie zostaje matka, Violet Weston (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) i jej trzy córki (skojarzenie z Czechowem nieprzypadkowe). Trudno powiedzieć, że są silne. Raczej zostały zmuszone i starają się zastąpić mężczyzn, którzy w przypisanej im przez tradycję roli nie potrafią się odnaleźć. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, to klasa sama w sobie, a Violet jest jej kolejną wspaniałą rolą. Z wyczuciem, a gdy trzeba dezynwolturą, gra lekomankę chorą na raka, która okazuje się być zdolną manipulatorką, żądającą od córek absolutnej uległości, uciekając się przy tym do szantażu emocjonalnego. Mimo nadużywania środków psychotropowych, wydaje się być wyjątkowo dobrze zorientowaną co się dzieje w rodzinie.

Kto widział Małgorzatę Rożniatowską w monodramie "Uwaga. Złe psy", ten zaskoczony nie będzie i tym razem. Jej Mattie Fae jest świetna jako toksyczna matka, choć w tej toksyczności nieco nietypowa. Nadopiekuńcza, jednocześnie sprawia wrażenie, że nienawidzi syna, który jest dowodem jej porażki. Mały Charles (Wojtek Zieliński) choć ma 38 lat, nie wyzwolił się z matczynych objęć, nie ma swojego zdania, pełen kompleksów dołącza do grona męskich nieudaczników w rodzinie.

Trzy córki Westonów tworzą ciekawe portrety psychologiczne, przy czym zdecydowanie dominuje wśród nich Ewa Błaszczyk jako Barbara. To wielka radość móc oglądać aktorkę w tak dobrej formie artystycznej i w roli na miarę jej talentu. Na scenie jest prawdziwym wulkanem energii. Jej Barbara wzrusza i śmieszy, budzi współczucie i niechęć, sprawia wrażenie twardej kobiety, by za moment przypominać małą dziewczynkę. To zdecydowanie najlepsza kobieca kreacja w tym spektaklu.

Zaskoczeniem, ale jak najbardziej pozytywnym, jest obsadzenie Joanny Trzepiecińskiej jako Ivy, wbrew tzw. "warunkom". Zakompleksiona, neurotyczna Ivy, uległa wobec matki, jest zdecydowanym przeciwieństwem najmłodszej z sióstr - Karen ( Edyta Jungowska). To duże dziecko za cel postawiło sobie być szczęśliwą i realizuje plan za wszelką cenę.

Spektakl Brala nie tylko nie pozostawia obojętnym, ale wręcz wywołuje swoiste katharsis. Zmusza do zastanowienia, w jakiej rzeczywistości żyjemy. Widz, który przyszedł do teatru podejrzeć amerykański "portret rodzinny we wnętrzu", szybko uzmysławia sobie, że w tym krzywym zwierciadle może się przejrzeć każdy, bo to nie tylko pamflet rodzinny, ale i dotkliwa diagnoza współczesnego społeczeństwa.

Dla Grzegorza Brala "Sierpień" to typowy palimpsest. Tak więc go czyta, analizując dokładnie tekst i docierając do tego co ledwie zasygnalizowane. W ten sposób pojawia się w spektaklu motyw poetów-samobójców, wielkich wykluczonych amerykańskiej literatury.

W prologu spektaklu Beverly (Jerzy Trela), niczym w mowie pożegnalnej, podsumowuje swe życie. W kapitalnym monologu pobrzmiewa sarkazm i ironia, które sprowadzają się jednak do konstatacji, że oto nadszedł kres jego świata. W przeszłość odeszły pewne wartości, a Beverly w takiej rzeczywistości żyć nie chciał. Udręczony życiem alkoholik, niespełniony poeta, niezrozumiany przez najbliższych, uwolnił się więc od życia. Podzielił los swoich ulubionych poetów: T.S. Eliota, Emily Dickinson, Johna Berrymana, którzy podobnie jak on oceniali kondycję świata i przeżywali dramat egzystencji. Być może, tak jak bohaterowie dramatu Lettsa, doświadczyli tajemniczego "Plains" - psychicznego rozbicia, niemocy, poczucia wszechogarniającej pustki.

Finałowa scena spektaklu nie pozostawia złudzeń. Oglądamy projekcję, na której widać pustą przestrzeń, bezkres, "Ziemię jałową". Taką tragiczną wizją przyszłości, wzmocnioną przejmującą muzyką Gaya Pearsona, zamyka się spektakl Grzegorza Brala.

Każdy tu karmi się egoizmem - Anna Czajkowska, Teatr dla Was

"Sierpień" (ang. August: Osage County) autorstwa amerykańskiego aktora i dramatopisarza Tracy Letts'a najpierw podbił sceny teatrów w Ameryce, potem trafił do Europy - Londynu, Kopenhagi, Wiednia, Budapesztu, Łodzi, następnie Argentyny, Australii i w końcu, w 2012 roku zagościł w warszawskim Teatrze Studio. Prapremiera odbyła się w Chicago w 2007 roku, a zaraz potem sztuka grana była z ogromnym powodzeniem na Broadway'u. Autor otrzymał liczne nagrody, m.in. nagrodę Pulitzera i nagrodę za najlepszą nową sztukę na Broadway'u. Tracy Letts, który uchodzi za twórcę najciekawszych współczesnych sztuk anglojęzycznych, urodził się i dorastał w Oklahomie. Nie ukrywa, że inspiracją dla niego są tacy autorzy sztuk scenicznych jak Tennessee Williams, Eugene O'Neil oraz powieściopisarze William Faulknera i Jim Thompson. Owo nawiązanie do tradycji realistycznego dramatu amerykańskiego, szkoły starych mistrzów, konwencji, jest wyraźnie widoczne w jego utworach. Montuje, łączy ze sobą i przetwarza różne modele dramaturgiczne, by dotknąć i pokazać widzowi współczesne mu problemy.

"Sierpień" Letts'a, to realistyczna i psychologiczna wielopokoleniowa saga rodzinna, na pograniczu epickiej tragedii i czarnej komedii, opisująca niespełnione marzenia, pełne sekretów i konfliktów relacje trzech pokoleń klanu Westonów. Pewnego upalnego, letniego wieczoru, w tajemniczych okolicznościach, znika głowa rodziny Westonów, Beverly (w spektaklu wyreżyserowanym przez Grzegorza Brala, Jerzy Trela pojawia się jedynie wirtualnie, na ekranie, otwierając spektakl swym monologiem). Niespełniony poeta, wielbiciel T.S.Eliotta, Emily Dickinson, według żony Violet, od 1965 roku przez bez mała 40 lat nie napisał nic. Za to pił. On sam natomiast opowiada o "tonach śmieci", które spalił, całej swej poezji, którą nie mógł się z nikim podzielić. Westonowie są rodzicami trzech córek, z których dwie ułożyły już sobie życie. Tak przynajmniej wydaje się rodzicom, bowiem prawie nie widują swoich dzieci i wnuczki. Kiedy z powodu niespodziewanego zniknięcia Beverly'ego zaniepokojona małżonka wzywa całą rodzinę, do gniazda rodzinnego zjeżdżają najbliżsi, od lat unikający kontaktu ze sobą. I właśnie teraz na jaw wychodzą długo skrywane rodzinne tajemnice. Po pięciu dniach okazuje się, że Beverly popełnił samobójstwo. Wówczas najbliżsi zaczynają obrzucać się wzajemnie oskarżeniami, w okrutny sposób zadają sobie wiele bólu. Spektakl w reżyserii Grzegorza Brala opowiada o samotności, kryzysie rodziny, która nie niesie oparcia, a kojarzy się tylko z wzajemnym oczekiwaniem korzyści. Dawno doznane krzywdy nie pozwalają zapomnieć i wciąż każą ranić najbliższych . Po to zdradzane są rodzinne tajemnice, padają bezwzględne oskarżenia. To sztuka o ogromnym deficycie miłości, który Westonowie przekazują sobie z pokolenia na pokolenie. Wszystkie nieporozumienia, wzajemne żale, oskarżenia kumulują się i wybuchają przy rodzinnym obiedzie. To genialna scena, wstrząsająca, doskonale zagrana i wyreżyserowana.

Tym światem rządzą kobiety - twarde, bezwzględne, walczą o przetrwanie, a bezradni mężczyźni nie mają nic do powiedzenia. Nie chcą, nie mogą? Widać to dobrze na przykładzie Małego Charlesa (w tej roli Wojciech Zieliński), czterdziestolatka całkowicie podporządkowanego apodyktycznej, okrutnej w stosunku do swego jedynaka matce. Mattie, (doskonała Małgorzata Rożniatowska), rodzona siostra Violet nigdy nie pozwoli synowi wyrwać się i dorosnąć. Rozczarowana, świadoma porażki jaką poniosła jej kobiecość, dostrzega podobieństwo Małego Charlesa do biologicznego ojca, którym bynajmniej nie jest jej mąż Charlie Aiken (jedna ze skrywanych mrocznych tajemnic). A silne kobiety też mogą czuć się zagubione - Violet garściami łyka środki nasenne, przeciwbólowe i inne. Tylko ta lekomania pozwala jej utrzymać równowagę. Mattie z kolei zamyka się w sobie i nie pozwala żadnym ciepłym uczuciom wymknąć się.

Każdy tu karmi się egoizmem, domaga się czegoś od drugiej osoby, najczęściej stosując przemoc. To wołanie o miłość, której samemu nigdy się nie otrzymało. Bo rodzice nie potrafią dać córkom tego, czego sami nigdy nie zaznali w dzieciństwie. Violet wspomina czas głodu, okrucieństwo matki, ciężką harówkę dla rodziny, podkreśla swoje oddanie dzieciom i domaga się od nich lojalności. Ale miłości w tym nie ma . Tradycyjna rodzina, modelowa, przestała mieć rację bytu? Problem ten dotyka współczesnych bolączek, a poważny kryzys rodziny, ról kobiet i mężczyzn dotyczy i nas, w Polsce.

Klęska rodziny, momentami ukazana w komiczny sposób, została mistrzowsko wzbogacona przez Letts'a intrygującą fabułą, przepełnioną patologiami - lekomanią, alkoholizmem, kazirodztwem, molestowaniem. Wyraziste, bardzo żywe, realistyczne postacie, to prawdziwe wyzwanie, ale i błogosławieństwo dla aktorów. Nie ma postaci nieważnych, bladych. Każdy z aktorów musi wykazać się doskonałym warsztatem, bo tylko wspólnie mogą stworzyć ową duszną, gęstą, wręcz lepką atmosferę domu Westonów w upalne sierpniowe dni.

Violet Weston, wspaniała kreacja Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, to spotkanie dawnej szkoły gry z tym, co proponują młodsi artyści. Aktorka jest perfekcyjna w każdym momencie, czerpie ze wszystkich swych możliwości (przy końcowych brawach jest wyraźnie zmęczona). Barbara Weston, najstarsza córka, niezwykle prawdziwie i wstrząsająco grana przez Ewę Błaszczyk, porusza do głębi. Kobieta, której odebrano wszystko . Jej siostry Karen Weston i Ivy Weston, z pozoru tak różne, obie cierpią na rodową chorobę - głód miłości. Lekkomyślna Karen, w tej roli Edyta Jungowska, oczekuje od życia radości. Do tej pory zawiedziona, wciąż ma nadzieję . Ale, tak jak pozostali, nie ma szans na szczęście. Jolanta Trzepiecińska, w roli Ivy, niedocenianej, spokojnej i podporządkowanej starej panny, może tu zagrać niezwykłą rolę i wywiązuje się z tego scenicznego zadania doskonale. Gwiazdorska obsada nie zawiodła, również męska część, choć scena tym razem wyraźnie należy do kobiet. Do tego dopasowana muzyka i scenografia podkreślające duszną atmosferę domu państwa Weston, spięte przemyślaną, dopracowaną reżyserią, tworzą trzygodzinną całość, która trzyma w napięciu i wstrząsa widzem.

"Wstydliwe sekrety rodziny Westonów" Jan Bończa-Szabłowski, Rzeczpospolita online

Sztuką "Sierpień" Tracy Letts udowodnił, że jest godnym następcą mistrzów amerykańskiej dramaturgii

Nie dziwię się, że plakat "Sierpnia", najnowszej premiery Teatru Studio w Warszawie, składa się z samych nazwisk artystów. Choć reżyseria Grzegorza Brala wyeksponowana jest największą czcionką, myślę, że szczególna uwaga należy się żeńskiej obsadzie. A zestaw jest naprawdę imponujący: Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Ewa Błaszczyk, Edyta Jungowska, Joanna Trzepiecińska i mniej znane, ale obiecujące Monika Obara i Agata Góral. Panowie zdecydowanie pozostają w cieniu.

W "Sierpniu" Tracy Lettsa, amerykańskiego pisarza i aktora, można się doszukać klimatu sztuk Edwarda Albee, ale przede wszystkim Tennessee Williamsa i Eugene'a O'Neilla. Dramat grany był z powodzeniem na Broadwayu, a premiera w Teatrze Studio jest trzecią realizacją w Polsce.

Letts wprowadza w świat rodziny Westonów. Ojciec Beverly z żoną Violet stanowią specyficzny duet: on jest nałogowym alkoholikiem, ona - odwieczną lekomanką. Pretekstem do spotkania całej rodziny jest stypa po śmierci ojca. Przybycie córek z rodzinami, siostry z mężem i synem staje się okazją do odreagowania kompleksów i skrywanych przez lata namiętności, a także ujawnienia mrocznych tajemnic. Widz, uczestnicząc w tej niemal trzygodzinnej psychodramie, ma okazję przypatrzyć się bliżej grupie ludzi, których uwiera życie i potrafią nawet krótkie spotkanie zamienić w piekło.

Najważniejszą postacią jest matka grana przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską. To kolejna wielka kreacja tej aktorki, która z niebywałą klasą kreśli skomplikowany portret psychologiczny swej bohaterki. Violet - chora na raka lekomanka - zdaje sobie sprawę, że sprawuje nad najbliższymi pełną kontrolę. Bezbłędnie gra na wszystkich strunach ich wrażliwości. Jest równie przekonująca zarówno jako kobieta bezbronna, jak i rozkazująca. Okrutna wobec innych i siebie. Ma się wrażenie, że nic nie jest w stanie jej zaskoczyć. A jednak...
Ciekawe portrety psychologiczne reprezentują trzy córki. Podobnie jak w sztuce Czechowa wszystkie marzą o prawdziwej miłości. Najstarsza Barbara, grana przez Ewę Błaszczyk, tylko pozornie jest uporządkowana i zdystansowana do życia. Potępia alkoholizm ojca, by zagłuszyć myśl, że poszła w jego ślady.
Pełna temperamentu Joanna Trzepiecińska tym razem z wyczuciem zagrała szarą myszkę, której życie przecieka między palcami. Karen Edyty Jungowskiej sprawia wrażenie dużego dziecka. Może wiele wybaczyć mężczyźnie, jeśli tylko będzie chciał z nią zostać.
Interesującą postać stworzyła Małgorzata Rożniatowska. Jej Mattie niczego od życia nie oczekuje. Nie jest skora do zwierzeń. Skrywa się pod maską oschłości, a nawet arogancji. Od lat żyje bez złudzeń.

Jest to sztuka o dominacji kobiet, w której słabi mężczyźni są jedynie dodatkiem do nich. Dostosował się do tego reżyser Grzegorz Bral, ponieważ w Teatrze Studio oglądamy popis aktorek o silnych osobowościach.

Burza po suszy Szymon Spichalski, Teatr dla Was

Instytucja rodziny, choć dawno skompromitowana w niektórych kręgach obyczajowych i dziełach kultury, wciąż stoi mocno na nogach. Hasło niezależności od stosunków familijnych przez lata lansowane było przez buntowników w imię idei totalnej wolności. A ważniejszy wydaje się dylemat: realizowanie siebie a odpowiedzialność za środowisko, które Cię wychowało. W purytańskiej Ameryce, gdzie wciąż bardzo silne są tradycyjne relacje rodzinne (przynajmniej takimi chcą się wydawać), Tracy'emu Lettsowi udało się napisać sztukę, która nie dość, że jest scenicznym dynamitem, to staje się uniwersalną wręcz opowieścią o trudach wspólnego życia spokrewnionych ludzi.

Bral, skłaniający się ku formie eksperymentu i pracy work-in-progress, nieoczekiwanie zwrócił się ku nowoczesnej dramaturgii. ,,Sierpień w Osage County" Lettsa mimo olbrzymiego potencjału w dotychczasowych realizacjach był wystawiany raczej w konwencji realistycznej. Po adaptacjach w Łodzi i Zabrzu przyszedł czas na Warszawę. W nieudanym ,,Idiocie" Bral przesycił dzieło Dostojewskiego wymyślnymi rozwiązaniami scenicznymi i odniesieniami, w ,,Sierpniu" jego działania nareszcie znajdują sceniczny konkret i przejrzystość formy.

Dokonane zmiany na długim tekście Lettsa nie ograniczyły się do paru skreśleń, ale posłużyły do przeniesienia głównych dialogów Beverly'ego Westona na duży ekran. Jerzy Trela, na głębiny jeziora, wypowiada krótki monolog na temat frazy T.S. Eliotta: ,,Życie jest bardzo długie". To determinuje interpretację Brala na poziomie większym niż tragicznej ironii. Mimika twarzy Treli i popijanie whisky mówi w skrócie o całej postaci seniora rodu Westonów. Zmęczony istnieniem alkoholik, dręczony wyrzutami sumienia, popełnia samobójstwo w pięknie lśniących falach jeziora.

Ten zabieg skraca wstęp do głównych wydarzeń dramatu, więc nagłe wejście do pogrążonego w konfliktach domu przypomina Hitchockowskie trzęsienie ziemi. Scenografia Pauliny Czernek daje Bralowi okazję do konstruowania symultanicznych sekwencji. Napięcie drastycznie skacze - kunszt prowadzenia dialogów udało się aktorom zachować w pełni. Violet Weston w wykonaniu Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej to majstersztyk i najmocniejsza kreacja przedstawienia. Zgorzkniała, samotna kobieta, jako podpora rodziny jest niesamowicie szczera i spostrzegawcza. Starcze ułomności kryją przenikliwość. Rola wielkiej aktorki dodatkowo podkreśla fizyczne cierpienie i dysonans charakteru wdowy po Beverly'm. Pozostałym wykonawcom też niewiele można zarzucić, choć gra zespołowa nieco szwankuje. Każdy jednak wyposaża swoją postać w niuanse, decydujące o jej osobowości.

Świetna jest Ewa Błaszczyk, jako Barbara, jedna z trzech "córek marnotrawnych", jak zdaje się je traktować Violet. Rola żony Billa pokazuje kobietę chcącą udowodnić swoją siłę i pewność siebie wobec rozpadu własnego małżeństwa, śmierci ojca i obojętności swojego dziecka. Według Błaszczyk Barbara powoli wchodzi na ślady uzależnień rodziców: leków i alkoholu, które jednak demonstracyjnie w ostatniej scenie wyrzuca. Jest możliwość zbawienia wobec rodzinnego piekła? Ivy, Joanny Trzepiecińskiej, jest niedoceniona, poświęca się opiece nad matką, choć cały czas dąży do spełnienia swojego marzenia o wyrwaniu się z domu. Gdy chce już powiedzieć Violet o swojej miłości do Małego Charliego, trzyma się za brzuch. Jest z nim w ciąży? Ujawnienie strasznej rodzinnej tajemnicy doprowadza ją do drgawek i popadnięcia w obłęd. Nieco zbyt jednobarwna jest Karen Edyty Jungowskiej. Na pozór tylko radosna, swój ból wyraża za mało sugestywnie w stosunku do pozostałych aktorów.

Kluczowe w stwarzaniu polskiego kontekstu dla ,,Sierpnia" są dwa elementy: scena stypy i postać Jonny. Obiad po pogrzebie pokazuje zakłamane, wyuczone zachowania, choć nie można zarzucić postaciom braku współczucia wobec rodzinnej tragedii. W pewnym momencie odzywa się telefon komórkowy Steve'a (Przemysław Bluszcz). Powaga tradycji zostaje zburzona. Bral uwydatnia podobieństwo hipokryzji społeczeństw polskiego i amerykańskiego. Dramaturgiczny majstersztyk pokazuje w dodatku lekką atmosferę panującą na takich wydarzeniach. Głosem oburzonego Boga odzywa się w końcu Violet. A postać Jonny? Szkoda, że reżyser jej nie rozwinął. Zachowując jej indiańskie pochodzenie i każąc grać Monice Obarze mechanicznie i bez polotu, odsuwa w cień tę bohaterkę. Czy ma to sugerować wymowne milczenie kogoś lub czegoś spoza kręgu Westonów? To byłaby chyba naciągana interpretacja.

Pojawiające się motywy biblijne nie są przypadkowe. Beverly może być starotestamentowym Bogiem, bezlitosnym wobec członków swojej rodziny, kłamiących i liczących tylko na spadek. Efekty dźwiękowe wprowadzają specyficzny nastrój, sugerujący, że dom Westonów leży na pustkowiu, które zżarła susza amoralności. Nad członkami klanu zdaje się ciążyć jakieś okrutne fatum. Bral konsekwentnie podszywa dramat Lettsa nastrojem religijnego przeżycia. Ten świat zdaje się być wręcz gnostycki, wszak sam zmarły ojciec nie jest bez winy. A mimo to istnieje wybawienie, co widać chociażby w finałowym geście Barbary, czy jednym z monologów Violet o szczęściu posiadania rodziny. Ostatecznym wyrażeniem dies irae jest nagła burza nad pustynią, która przynosi jednak wichurę z ożywczym deszczem. Droga do oczyszczenia nie jest zamknięta.

Tytaniczna praca twórców przedstawienia zakończyła się dobrze zrealizowanym spektaklem, z powodzeniem sięgającym różnych poziomów tekstu. Jak na metodę pracy Brala, jest on zaskakująco domknięty i skończony. Może to asumpt do pójścia - nareszcie - zdefiniowaną drogą repertuarową?