Opera za trzy grosze

zdjęcie ze spektaklu Joanna d´Arc na stosie

Opera za trzy grosze sztuka teatralna Bertolta Brechta, jest musicalem, do którego muzykę napisał Kurt Weill. Sztuka jest adaptacją XVIII-wiecznej "Opery żebraczej" Johna Gaya, satyry na burżuazję i wysokie sfery Londynu.

Brecht za cel ataku obrał typowego mieszczucha z epoki późnego kapitalizmu - dla Brechta taki mieszczuch to rabuś i oszust, który utrzymuje tylko stosunki handlowe. Brecht ukazuje w "Operze za trzy grosze" przestępczy charakter całego systemu kapitalistycznego.
Córka biznesmena Peachuma, który pod pozorem miłosierdza zarabia pieniądze na żebrakach, Polly, wychodzi za mąż za przestępcę Mackie Majchra. Ściąga na siebie gniew ojca, ale pozostaje przy Majchrze. Gdy Mackie musi uciekać, Polly przejmuje jego interesy. Mackie marzy o przejściu do branży bankowej. Perypetie bohaterów pokazują, że w Londynie nie ma przyjaźni, a wszyscy troszczą się tylko o pieniądze (nawet przyjaźń Majchra z policjantem Brownem). Mackie został w końcu złapany przez policję, ale ostatecznie królowa ułaskawia go i daje mu zamek. Wcześniej żegna się on słowami "Bo czym jest włamanie do banku wobec założenia banku?", "Czym jest zamordowanie człowieka wobec wynajęcia człowieka?".



Galeria:

zdjęcie ze spektaklu Opera za trzy grosze
zdjęcie ze spektaklu Opera za trzy grosze

Recenzje

Opera Ryszarda Peryta

Joanna Wiszniewicz, Więź nr 6 - 01-06-1980

Nie ma w tym przedstawieniu mody retro, fryzur a la Pola Negri, krótkich sukien i długich nóg, efektownych układów tanecznych, Mackie Majcher chodzi bez laski i kapelusza, nikt nie stepuje, a aktorzy, poubierani w mdłe, nijakie kostiumy, przez trzy godziny poruszają się ciągle w tym samym ponurym, utrzymanym w brudnoróżowej tonacji wnętrzu. Okrutny żart reżysera? Tak, okrutny żart. Żart wymierzony przeciwko widzowi z iście brechtowską drapieżnością.
Wszystko wskazuje bowiem na to, że Ryszard Peryt świadomie zrezygnował z możliwości widowiskowych i estradowych, jakie daje "Opera" - i że celowo odebrał widzowi przyjemność smakowania efektywnego retro i lumpowskiej egzotyki. Postanowił zrobić przedstawienie, które, - wbrew obwieszczonej już dawno tezie o zdezaktualizowaniu się sztuk Brechta - byłoby jednak czymś więcej niż tylko pretekstem do odśpiewania songów Weilla, i dlatego odrzucił wszystko, co mogłoby odwrócić uwagę widza od działań bohaterów, a songom, śpiewanym bez mikrofonów, starał się przywrócić ich pierwotną brechtowską rolę - rolę komentarza.
Ta ascetyczna forma przedstawienia pełni jeszcze jedną rolę - eliminuje tło społeczne, nadając dziejom bohaterów wymiar uogólniający. Bo też Peryt zdaje się dążyć do nadania "Operze za trzy grosze" charakteru moralitetu. Temu zapewne celowi służyć miało pewne złagodzenie charakterów postaci. Mackie Majcher (świetna rola Romana Wilhelmiego) nie jest tu wcale bezwzględnym bandziorem, gotowym w każdej chwili wydać swoich kompanów policji - lecz przeciwnie: dobrym przyjacielem, sentymentalnym, choć lekkomyślnym kochankiem, sympatycznym hulaką. Wilhelmi wypełnia tę postać ciepłem, a pewna szorstkość i nerwowość, jaką nadaje zachowaniu Mackiego, zdaje się w tej interpretacji wynikać nie z rzeczywistej gwałtowności charakteru bohatera, lecz po prostu z tego, że źle się on czuje w narzuconej mu przez legendę, roli króla bandytów. Również król żebraków, Peachum, w interpretacji Jana Świderskiego nie jest, jak u Brechta, bezdusznym pracodawcą, bez zmrużenia oka wyrzucającym na bruk niesolidnego pracownika, lecz wyrozumiałym, choć gderliwym człowiekiem, na sposób patriarchalny prowadzącym swój żebraczy interes. Podobnie szef policji, Brown, który w wykonaniu Leonarda Pietraszaka jest samą łagodnością i naiwnością, i którego przyjaźń z Mackiem nie ma (inaczej niż u Brechta) tła finansowego.
Oczywiście to zewnętrzne ułagodzenie postaci jest tu wyrazem przewrotności reżysera, służy bowiem tym wyraźniejszemu uwydatnieniu grozy ich postępowania - łatwości zdrady, skłonności do zbrodni, słabości wobec pieniądza - a jednocześnie sprawia, że widz, nie mogąc odżegnać się jednoznacznie od sympatycznych bohaterów, a zarazem nie mogąc ich postępowania zaakceptować -- czuje się zdezorientowany i zaniepokojony.
Dążenie reżysera do takiego zaniepokojenia widza jest niczym innym, jak pragnieniem wywołania owego, kluczowego dla estetyki Brechta "efektu obcości" - reakcji mającej sprawić, by odbiorca, zaskoczony na skutek różnorakich zabiegów teatralnych działaniami bohaterów, usiłował zrozumieć przyczyny ich czynów. W przedstawieniu widoczne jest, że Peryt, zmieniając nieco tekst Brechta, starał się jednocześnie realizować jego idee estetyczne. O intencji tej świadczy nie tylko opisana wyżej koncepcja bohaterów, ale także groteskowe kostiumy niektórych sekwencji, całkowicie łamiące iluzję teatralną i ustawiające bohaterów poza terenem akcji. O intencji tej świadczy także ciekawa koncepcja roli Polly: u Brechta - po prostu młodej, zakochanej dziewczyny, u Peryta - niejednoznacznej, przedziwnej, wypłoszowatej istoty, której reakcje (znakomicie, bardzo subtelnie wypunktowane w świetnej grze Ewy Błaszczyk) nieustannie oscylują między naiwnością i wyrachowaniem, dziwiąc swoją różnorodnością i nieprzewidywalnością. (Dużą pomocą dla aktorki były tu na pewno kostiumy Ireny Biegańskiej).
Jest atoli w tej sztuce jedna postać (rozbudowana bardzo przez reżysera), oparta na zupełnie innej zasadzie - na zasadzie całkowitej jednoznaczności. To rola policjanta Smitha, reprezentującego tu bezduszną, amoralną i skorumpowaną władzę. Smith, klocowaty gliniarz o twarzy bez wyrazu, człowiek, którego jedyną ludzką reakcją jest żal za wybitym zębem (świetna, wycyzelowana w najdrobniejszych szczegółach rola Jana Kociniaka) - otwiera i zamyka przedstawienie, pointując je swoim satanicznym chichocikiem. Ostatnia, znakomita scena przedstawienia (dokomponowana w całości przez reżysera) - budzi grozę: po ogłoszeniu przez królewskiego gońca dekretu uniewinniającego Mackie Majchra (u Peryta zresztą gońcem jest ta sama postać, która pełni w spektaklu rolę "prezentera" czy "konferansjera", co wzmacnia jeszcze bardziej ironiczną wymowę spektaklu) - wszyscy bohaterowie "Opery", ci mali, słabi ludzie, tak łatwo sprzedający--się nawzajem i tak głupio przegrywający wszystkie swoje życiowe gry, proszą we wspólnym chorale widzów, by nie prześladowali zła zbyt uporczywie, gdyż wnet samo zmarznie, bliski jego kres - i nic widzą, że dawno są już za kratą, którą zamknął za nimi policjant Smith.
Taki finał robi rzeczywiście wrażenie, tym bardziej że przedstawienie sugeruje widzowi, by ostatecznie zidentyfikował się z bohaterami, którzy przecież są głupi i zepsuci, a ludzkie odruchy budzą sią w nich dopiero wtedy, gdy już jest za późno - tak jak to się stało z kompanami Mackiego (trzeba tu wspomnieć koniecznie o świetnej roli Czesława Wołłejki i z Jenny-Knajpiarką (dwie ciekawe, zupełnie odmiennie ujęte role Krystyny Jandy i Igi Cembrzyńskiej).
Miła ta konfrontacja nie jest. Peryt w tym niezwykle konsekwentnym, przemyślanym, świetnie reżysersko wypracowanym spektaklu bynajmniej widzów nie oszczędna. Na szczęście przedstawienia teatralne nią zabijają. Widz, uruchomiając w sobie instynkty obronne, zawsze przecież może przypuścić, że tym razem reżyser jednak się pomylił.