Fotografie

zdjęcie kasety Fotografie





Zawartość albumu:


Nad grobami naszych serc
Słowa drżą i dłonie
Niebieścieje w duszy wiersz
Jak gazowy płomień
To jest nasza pierwsza śmierć
Pierwsze tchnienie zimy
Zapalamy świeczki łez
Wymowniej, wymowniej milczymy

Nieutuleni w żałości
powiadamiamy kto nie wie
Że po ciężkiej, przewlekłej miłości
Nasze serca odeszły od siebie

Wygładzamy wstążki zdań
Bladzi i wzruszeni
W kułak zaciśnięta krtań
Nic się nie da zmienić
Został tylko dłoni bluszcz
Spleciony kurczowo
Ślepych na tragedię dusz
I głuchych, na słowo

Nieutuleni w żałości
powiadamiamy kto nie wie
Że po ciężkiej, przewlekłej miłości
Nasze serca odeszły od siebie...
Daj mi Panie rozpoznanie,
żebym wiedział co jest co,
czy mam wszystko mówić mamie,
czy zachować to i to.

To i to, ten i ta, deus ex machina.
To i to, ten i ta, deus ex machina.

Daj mi Panie rozpoznanie,
kim ja jestem, kim ach kim,
czy mam zostać leśnym drwalem,
czy z wojskami zdobyć Rzym.

To i to, ten i ta, deus ex machina.
To i to, ten i ta, deus ex machina.

Daj mi Panie rozpoznanie,
czy ja z dobrych, czy ze złych,
czy to twoje jest rozdanie,
czy mam karty w rękach swych.

To i to, ten i ta, deus ex machina.
To i to, ten i ta, deus ex machina.

Daj mi Panie rozpoznanie,
czy mam oddać się na złom,
czy dostawszy tęgie lanie,
jeszcze nie pchać się pod prąd.

To i to, ten i ta, deus ex machina.
To i to, ten i ta, deus ex machina.

Daj mi Panie rozpoznanie,
czy szaleństwo jest tuż, tuż,
czy to tyś miał Panie w planie,
żeby nie żałować róż.

To i to, ten i ta, deus ex machina.
To i to, ten i ta, deus ex machina.

Daj mi Panie rozpoznanie,
czy zaryczy ranny łoś,
kiedy przyjdzie już konanie,
czy zapali światło ktoś.

To i to, szyk i bzik, rapete, papete... pstryk.
Pomiędzy niebem a ziemią
W tę przestrzeń duszą wpatrzona:
To słońce chwytam, to księżyc.
Ani żyję, ani konam.

Pomiędzy jawą a śnieniem
Nie wzywam Cię, nie przeklinam,
Wyciągam tylko ramiona -
- Moja bardzo wielka wina.
A ty jak księżyc zbielały,
A ty jak słońce ognisty,
Rozłąką palisz mi ciało,
Nie odpowiadzasz na listy...
A ty jak słońce daleki,
A ty jak księżyc się płonisz.
Światłem mi krwawią powieki,
Lecz jak dotknąć twoich dłoni?

Pomiędzy płaczem a śmiechem
W tęskony ślepej obłędzie
Wciąż kartki rwę z kalendarza:
Było, było już nie będzie...

Pomiędzy wczoraj a dzisiaj
Świetliste przepaście wspomnień:
Z najgłębszej nawet ciemności
Twoje oczy świecą do mnie.
Bo ty jak księżyc zbielały,
Bo ty jak słońce ognisty,
Rozłąką palisz mi ciało,
Nie odpowiadasz na listy...
Bo ty jak słońce daleki,
Bo ty jak księżyc się płonisz,
Światłem mi krwawią powieki,
Żeby dotknąć twoich dłoni.

Pomiędzy życiem a śmiercią
Na radość, na ból zjawiony
Przywdziała radość żałobę:
Niech będzie ból pochwalony!

Pomiędzy słowem a ciszą
O tobie jeszcze marzenie:
Patrz, żegnam cię tym obłokiem,
Tej wieczności jasnym tchnieniem.
Lecz ty jak księżyc zbielały,
Lecz ty jak słońce ognisty,
Promieniem koisz mi ciało,
Łzą odpowiadasz na listy...
Lecz ty jak słońce daleki,
Lecz ty jak księżyc się płonisz.
Światłem ci krwawią powieki,
żeby dotknąć moich.
Upij się ze mną na wesoło,
zechcesz coś chlapnąć, no to chlap
i niech raz się zamknie koło
moich mężczyzn, twoich bab.

Upij się ze mną na wesoło,
zechcesz coś zburzyć, no to zburz
i niech raz się zamknie koło,
jak przebaczać, no to już!

Moje oczy zapłakane,
twoje szanse zmarnowane
i wydatki ponad stan.
Jakaś pani jakiś pan.

Długie listy od tej pani,
przeprowadzki z walizkami,
jakieś nieba - czyje? gdzie?
Niewesołe gwiazdy dwie.

Nowi ludzie, nowe sprawy,
niebezpieczne gry, zabawy,
jakieś noce, jakieś dni,
nieudane rififi.

I ucieczki do Podkowy,
zawracanie ludziom głowy,
odbijanie się od dna -
z jakąś ty i z tamtym ja.

Upij się ze mną chińską wódką
i złotą rybkę dla mnie złów.
Życie zazwyczaj trwa za krótko,
chcesz coś powiedzieć - no to mów!

Upij się ze mną za niewinność,
parę zabawnych nieprawd złóż,
zapominanie - miła czynność,
jak zapominać - no to już!

Moi chłopcy, twoje baby
i to życie aby-aby,
i to picie - nigdy dość,
i ta jędza - głucha złość.

Nagłe wstydy i bezwstydy
i uśmiechy okryjbidy,
i pieniądze - jakie? skąd?
Telefony - to był błąd.

Długich kaców poniewierka,
kruchy talent jak iskierka,
samolotem nagle w dal,
do rozwodu - jak na bal.

Jakieś listy, jakieś kwiatki
i ucieczki - gdzieś do matki.
Później klęski gorzki smak,
przekonanie, że nie tak...

Uprzątanie bałaganu
bez jasności i bez planu.
I tęsknoty - za kimże?
I powroty - takie złe...
Cicho, cichutko, cichuteńko
Wieczór się rozpoczyna
Światła latarni błądzą po ciemku
Ich blask przykrywa warstwą cienką mury
Dodaje ciszy dźwiękom
Wchodzisz po schodach...
Czy to rytm kroków, czy moje tętno ?
Chwytasz za klamkę...
Jak tu trafiłeś,
Jak mnie znalazłeś ?
Przecież jest ciemno

Cicho, cichutko, cichuteńko
Nic się nie przypomina
Płomyk zapałki osłaniam ręką
Jej żar ogrzewa warstwę cienką skóry
I uspokaja tętno
Więc nie zostaniesz...
A ja nie pytam, dokąd stąd wracasz
Mówisz odchodzę...
Już nie pamiętam co to oznacza
Chwytasz za klamkę...
Już nie pamiętam co to oznacza

Cicho, diabelnie cichuteńko
Samotność się zaczyna
Utkana niewidzialną ręką
Owija mnie materią miękką
Jak mróz Jak obłok snu Jak ciemność
Jak wielka peleryna
Chwytam za klamkę
I z każdą chwilą wciąż mniej pamiętam
Stopień po stopniu
Co to za droga i dokąd sięga
Skąd znam tę drogę?
I dokąd sięga?
Wsadzę sobie w pępek diament
i zatańczę taniec brzucha
zasłon sześć dla ciebie panie
dla twych oczu i dla dłoni

będę biec, abyś mnie gonił
będę śpiewać , abyś słuchał
aby głos mój brzmiał srebrzyście
jajka będę pić-surowe

laurowe splotę liście
włożę wieniec na twą głowę
będę czytać Joyce'a Prousta
i kucharskie mądre baśnie
będę czuwać kiedy zaśniesz
kiedy zaśniesz

będę kłamać tylko tyle
byś mnie miał, jaką wyśniłeś
będę kłamać słowem , ciałem
wsadzę sobie w pępek diament

będę mieć czerwone usta
byś mnie miał jaką wyśniłeś
będę kłamać słowem, ciałem
wsadzę sobie w pępek diament

będę mieć czerwone usta
będę kłamać słowem ciałem
i zatańczę taniec brzucha
wsadzę sobie w pępek diament
Weszłam tu
Nie wiem czemu
Przez te drzwi
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
I zostałam
Po drodze do zmierzchu

Tu jest to,
Czego nie ma
Nigdzie.
I niewidzialne
I niemożliwe...

A tu, a tu
Jest rana

Spotykam człowieka
Przychodzi od niego
Splot, splot
Splot, splot
Splot przypadków,
Które nie są przypadkowe
Choć nie oczekiwałam do prawdy
Niczego

Jedno słowo zmienia jeden zmienia dotyk
Jeden człowiek może ocalić drugiego człowieka
Nie wiedząc nic o tym
Jedno słowo zmienia jeden zmienia dotyk
Jeden człowiek może ocalić drugiego człowieka
Nie wiedząc nic o tym
Jedno słowo zmienia jeden zmienia dotyk
Jeden człowiek może ocalić drugiego człowieka
Nie wiedząc nic o tym
Nie wiedząc nic o tym
Nie wiedząc nic o tym
Nie wiedząc nic
Nie wiedząc nic
Nie wiedząc nic
Nie wiedząc nic
Nic, nic, nic, nic, nic!

Weszłam tu
Nie wiem czemu
Przez te drzwi
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
Prosto z deszczu
I zostałam
W tym innym powietrzu
Już nie czytam prawie wcale,
może tylko pamiętniki,
no i wiersze, te niektóre,
co pasują do muzyki.

Ja świat czytam zamiast biblii (tak, jak biblię),
kartki to moje powieki,
dni kolejne, to rozdziały,
no a wieki - biblioteki;
ludzi czytam po ich oczach,
dużo więcej nie potrzeba;
miejsca - po zaśpiewach,
las - po drzewach i wykrotach.

Mostem jadę kolejowym,
czytam szyny kół stukotem,
trochę jakbym miał kopyta;
rzekę czytam całym sobą;
rzekę całym sobą czytam
w skwar lipcowy
i z odbicia lin mostowych, Świętokrzyskich;
góry czytam od początku...
...góry czytam od początku,
ale także zaraz potem,
co po skroniach zawsze spływa,
wytoczony ich widokiem.
Piasek czytam, leżąc kłodą,
miasto - autobusem,
samolotem - świat daleki,
w dole miasta, pola, rzeki...

Rzekę czytam całym sobą,
maj zielony czytam węchem
i oczami, nad drzewami,
jak zachcianki mkną po niebie
chmury... - czemu? Nie wiem...
...może, aby spotkać Ciebie...
..fruną, żeby być ozdobą
i nad Łodzią spotkać Ciebie;
"Łódź - Warszawa" - czytam niebem.
Rzekę czytam całym sobą.

Już nie czytam prawie wcale,
może tylko pamiętniki,
no i wiersze, te niektóre,
co pasują do muzyki,
bo: powyzużywane w koło
środki czysto literackie...
...ja tym śpiewem szparko ciekę
wbrew zatorom i przeszkodom,
poomackiem i znienackiem...

...Ciebie czytam tak jak rzekę...
A ile wdechów do wzięcia i do oddania
A ile słów do padnięcia i do powstania
A ile zwątpień do przeczekania do wytrzymania
A ile spojrzeń do ogarnięcia i wysłania
A ile ... piosenek...
A ile ... A ile ... miłości
Nijak, nijak ominąć pytania:
Co to znaczy wznosić się w jednym rytmie?
Jak i jak i jak?
Nijak, nijak ominąć pytania:
Jak umieć kogoś kochać
I w tym samym czasie nie krzywdzić gdzieś kogoś?
Jak i jak i jak?
Nijak, nijak ominąć pytania:
Jak za życia z tobą być na zawsze?
Kochana, kochana już kończy się wódka,
nie tyle w butelce, co chory na serce ten świat;
nie tyle w butelce, co chory na serce,
złakniony powietrza i naszego serca, serca.

Ty wiesz jak,
ty wiesz jak, więc i ja:

chcę wierzyć dozgonnie,
że śmierć to nie koniec,
lecz to, co po niej, to pożywka
dla nieumyślnych kłamstw;

tak wielu mesjaszy
wie wszystko o wszystkim,
no to czemu ich wizje
skłócają wyznawców tak? (x2)

A ja chcę wierzyć dozgonnie,
że śmierć to nie koniec,
lecz to, co po niej, to pożywka
dla nieumyślnych kłamstw;
tak, tak...
tak, tak...
...im wyżej nieznana -
- tym głębszy sens dla mnie śmierć ma. (x2)

Chcę żyć w świecie jednym,
poza snem przyjemnym,
że jest ziemski pasterz,
co ze mnie rozliczy go Pan,

bo tu każdy, a jakże -
i ci inni także:
Konstantin Czernienko,
Bob Marley, Basieńka i ja.

Ja chcę żyć w świecie jednym,
poza snem przyjemnym,
że jest ziemski pasterz,

co ze mnie rozliczy go Pan,

bo tu każdy(a) ma Swego
najbardziej Swojego,
odchodząc najwyżej -
- pojmuje, że to Ten Sam;

że Pan, to Jezus,
że Pan to też i Jego śmierć,
że Pan, to dziecko,
że Pan, to Mojżesz;

i Mahomet też,
i że Pan to też to, co rani;
że Pan, to właściwie dlaczego nie Pani?
Dlaczego nie Pani?

I że Pan, to ta struna,
i myśl, że to komunał,
i poczucie szczęścia nawet, gdy wichura,
nawet, gdy wichura;

i przyczyna, że jest wdech,
i skutek, bo rodzi się na przykład pies
i każdy Buddha...

...bo tu każdy(a) ma Swego,
najbardziej Swojego,
odchodząc najwyżej -
- pojmuje, że to Ten Sam;

tak, tak...
tak, tak...
...im wyżej nieznana -
- tym głębszy sens dla mnie śmierć ma. (x2)

Maleńka, malutka,
kolejna pobudka
ze świata, na przykład,
tu do nas dociera już tuż...

...poranna piosenka,
choć w nocy ciśnięta,
spod powiek umysłu
w przesiadce wytryska i już...
Co to za wicher zwodzi mnie,
i rad, by duszę porwać moją,
jak mała świeczka gaśnie świat,
i nagie drzewa w oknach stoją.

Co noc,z nadzieją albo bez,
zaglądam na dno szklanej kuli,
ja powiem Ci, jak bardzo chcę,
jak bardzo chcę , byś mnie przytulił.

Ciebie jednego tylko mam,
i właśnie Ciebie tylko nie mam,
To dla mnie milczy młody ptak,
dla Ciebie nie śpi cała ziemia.

Co noc z nadzieja albo bez,
okruchy dawnych wspomnień łowiąc,
ja powiem Ci, jak bardzo chcę,
jak bardzo chcę utonąć w Tobie
Dwóch skłóconych gestapowców, żyło w centrum Drohobycza
pierwszy miał swojego Loewa drugi miał swojego Schulza
Loew prowadził w mieście zakład i dentystą się nazywał,
nocą burdel był tam, w którym pierwszy gestapowiec bywał
za to bruno schulz malował, lubił wiersze i dyskusje
miał go drugi gestapowiec, ot stosunki międzyludzkie

W noce złe, w noce złe
udostępniał władzom Loew dziewczyny swe
w morzu łez, w morzu łez
Bruno Schulz petrarkę streszczał dla SS
to był wstęp dotyczył życia, które zawsze jakoś leci
i pozwala nie dostrzegać śmierci

Szła wiadomość od Truskawca, że się ponoć coś zaczęło
a w pobliskim Drohobyczu póki co grodzili getto
i niebawem znów się trochę pospierali dwaj tajniacy
no i drugi ten od Schulza zarżnął Loewa w ramach pracy
kiedy pierwszy się dowiedział, że zabili Loewa jemu
wnet dogonił w mieście Schulza i odstrzelił go drugiemu

No i już, no i już
jak w balecie najlepszym na świecie tańczy Schulz...
hałas ten, w teatrze gong
jakaś czerń i ojca wzrok i może koń

Dawny teatr, dawne czasy, dawna strata
w czasie wojny, każdy dźwiga własny ciężar
w końcu sztuka jest ważniejsza niż biografia
zbieg przypadków, ale jednak...

Jeśli twój dobrodziej ma jakiegoś wroga
i mu niszczy ulubieńca,
wiedz że nadszedł czas by zacząć się pakować
i nowego szukać miejsca

jak bruno schulz za tamtych lat, jak bruno schulz choć by nawet
miał by to być tylko tamten świat
wciąż w drodze być, z walizką żyć...
Czarne konie, czarne wichry dwa, unoszą mnie, unoszą,
nie chcą wody pić, o jadło mnie nie proszą.
Czy powietrza tak mi mało,
czy mnie piekło zawołało,
że pomykam jak na skrzydłach, wilki płosząc?

Dajcie pożyć konie, dajcie,
dajcie dożyć konie,
na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył,
jakby w nich palił ktoś,
a ja żyłam nie dość
i śpiewałam nie dość.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać.

Będzie tak, że gdzieś w pół drogi byle wiatr mnie w końcu zmiecie
i zataszczą mnie na saniach, i dopalą mnie jak świecę.
Ech, ty psie o diablej twarzy,
nie poganiaj moich koni,
daj mi chwilę, by pomarzyć,
dorzuć drugą, żeby zmądrzeć.

Dajcie pożyć konie, dajcie,
dajcie dożyć konie,
na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył,
oba jak czarty złe,
a tu dożyć się chce
i dośpiewać się chce.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać,
na wichurze by stać...

Jestem w porę, chwała Bogu, kto by śmiał się spóźniać w raju?
Czy to anioły słychać już, jak bezradośnie mi śpiewają?
Czy to może dzwonek dzwoni,
pół się śmieje i pół szlocha?
Czy to ja się drę i klnę,
ten zaprzęg mój, te bestie dwie.

Dajcie pożyć konie, dajcie,
dajcie dożyć konie,
na cóż bracia nam ten wieczny lot?
Cóż mi za konie los nadarzył,
jakby w nich palił ktoś.
A ja żyłam nie dość
i śpiewałam nie dość.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać.
Koniom wody by dać,
śpiew dośpiewać i trwać,
jeszcze dzień, jeszcze noc
na wichurze by stać,
na wichurze by stać..
Wciąż rozmyślasz, uparcie i skrycie
Patrzysz w okno i smutek masz w oku
Przecież mnie kochasz nad życie
Sam mówiłeś przeszłego roku

Nie widziałam cię już od miesiąca
I nic, jestem może bledsza
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca
Lecz widać można żyć bez powietrza

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia
Czyjeś ciało i ziemię całą
A zostanie tylko fotografia
To to jest bardzo mało

Powiedziałeś mi: kiedy do mnie piszesz
Nie wystukuj wszystkiego na maszynie
Dopisz jedną linię własną ręką
Kilka słów, doprawdy nic wielkiego
Tak tak tak....

Wciąż się śmiejesz, lecz coś tkwi poza tym
Patrzysz w niebo na rzeźby obłoków
Przecież ja jestem i niebem, i światem
Sam mi mówiłeś zeszłego roku

Nie widziałam cię...
Gwiazdy by ciemniej było
smutek by stale dreptał
oczy po prostu by kochać
choć z zamkniętymi oczami

wiara by czasem nie wierzyć
rozpacz by więcej wiedzieć
i jeszcze ból by nie myśleć
tylko z innymi przetrwać

koniec by nigdy nie kończyć
czas by utracić bliskich
łzy by chodziły parami
śmierć aby wszystko się stało
pomiędzy światem a nami
Ja nie odchodzę kiedy trzeba,
choć nie ma mojej tam mnie już.
Choć na wieszaku w przedpokoju,
wisi pomięty mój kapelusz.
Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam,
to jedno myślę coraz częściej.
Ja nie odchodzę kiedy trzeba,
na twoje szczęście.

Ja nie odchodzę kiedy warto,
zna mnie przydrożny czarny kot.
Gram wciąż tą samą zgraną kartą,
jak smutny wariat albo łotr.
Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam,
to jedno myślę coraz częściej.
Że nie odchodzę kiedy trzeba,
na twoje szczęście.

Ja nie odchodzę kiedy trzeba,
choć chcę ci słów wyrazić żal.
Choć wyciągacie kromkę chleba,
nie pora wracać już na bal.
Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam,
to jedno myślę coraz częściej.
Że nie odchodzę kiedy trzeba,
na twoje szczęście.
Zaniosę mój niepokój do ciemnego baru
Tam, gdzie nie widać oczu
Zaniosę mój niepokój do chmurnego nieba
Tam, gdzie nie widać myśli
Zaniosę mój niepokój do ciemnego domu
Pełnego sztychów i map
A ty, przechodniu, a ty, przechodniu
A ty, przechodniu się gap

Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
To się przyglądaj mi
Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
La la la li li li li

Zaniosę moją biedę za zielone mosty
Tam, gdzie nie widać życia
Zaniosę moją biedę za spienioną rzekę
Tam, gdzie nie widać śmierci
Zaniosę moja biedę do chmurnego domu
Pełnego sztychów i map
A ty, przechodniu, a ty, przechodniu
A ty, przechodniu się gap!

Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
To się przyglądaj mi
Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
La la la li li li li

Zaniosę moje diabły aż na koniec świata
Tam, gdzie nie widać oczy
Zaniosę moje diabły do samego końca
Tam, gdzie nie widać pana
Zaniosę moje diabły do ciemnego domu
Pełnego szmerów i snów
A ty, przechodniu, a ty, przechodniu
A ty, przechodniu je złów!

Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
To się przyglądaj mi
Stoisz przy drodze
Na jednej nodze
La la la li li li li
Że ja szaleję, to nie pańska wina,
i nie przeze mnie pan tak blady jest,
ot, świat zakipiał,
nie nasza w tym przyczyna,
to krzyczy w słońcu fioletowy bez.

Ty obojętny, chłodny mój aniele,
mam apetyt na ten gorzki lód,
lecz nam nie wolno,
my tu jak w popiele,
demony grają nam
z piekielnych nut.

Wypijmy za nas,
niech zapłonie szklanka,
pijmy za nas,
niech się pali lód,
jak złe motyle,
żyjmy do poranka,
żyjmy chwilę, niech się stanie cud.

A ty nie próbuj mnie pokochać serio,
ty oczy zamknij, będzie co ma być,
diablicą będę, złudą czy feerią,
nie pytaj mnie, najlepiej szklankę chwyć.

Chwilę płonąć, potem umrzeć młodo,
i tańczyć, tańczyć jak zraniony ptak,
umrzeć młodo i powtarzać - tak.
Tak, tak, tak, tak!
Tam idę, dokąd idę, gdzie
grzech w drobny grzeszek się zamienia,
nie potrzebuję pozwolenia,
na to, by kochać tak jak chcę.

Bo kocham kogo kocham i
pokora pieszczotliwą wielce,
przedziwna i tym właśnie wierszem
przedłużam nierealne sny.

Jak przyszłam, tak odejdę też,
sama odpowiem za to wszystko,
za piękno i głupotę ludzką,
za tę na cudze jabłka chęć.

A niechże dusza boli mnie,
wtedy ogromna jest jak morze,
a ból był taki, ze "O Boże",
aż jabłka kwaśne stały się.

Chce czego chcę i tylko tak,
nie czuje lęku już się stało,
co zaśpiewałam już zabrzmiało,
wprost z serca, chociaż sił mi brak.

Jak przyszłam tak odejdę też,
sama odpowiem za to wszystko,
za piękno i głupotę ludzką,
za tę na cudze jabłka chęć.

Tam idę dokąd idę gdzie,
grzech w drobny grzeszek się zamienia,
nie potrzebuję pozwolenia,
na to by kochać tak jak chcę.
Podróżowałam tysiące mil, tysiące miejsc
i krajobrazów,
podróżowałam wiele nastrojów, rozmów i klimatów, wiele dróg,

szukałam w świetle, szukałam w mroku,
w sobie szukałam,
lecz wszędzie ten sam cień rzucałam,
te same zostawiałam ślady stóp,
te same zostawiałam ślady stóp.

Więc na przystankach i rozstajach,
nieraz porzucić chciałam drogę,
i w obcych miastach hotelach i barach,
na skraju nocy tak myślałam sobie,
tyle nocy jest we mnie, jak ją w drodze
od światła oddzielę,
wędrowanie codzienne to nie jest wiele.

Kiedy wszystko staje się tylko drogą
i tylko podróżą,
nowe światy lub kraje to nie jest dużo,
wszędzie tylko niezmienność,
choć na pozór tak dużo się dzieje,
ta wędrówka w codzienność, to nie jest wiele.

Podróżowałam, do granic sił, do kresu
słów i wyobraźni,
podróżowałam tam gdzie się zgubić
można, znaleźć zaledwie raz,
szukałam w ludziach, szukałam
w rzeczach, w sobie szukałam,
lecz wszędzie ten sam cień rzucałam,
tę samą ocierałam z potu twarz,
tę samą ocierałam z potu twarz.

Więc na przystankach i rozstajach nieraz
porzucić chciałam drogę,
a wtedy w portach, hotelach i barach tak
do mnie mówił zawsze jakiś człowiek,
kiedy jesień bezlistna, straszy wiatrem
i chłodem i burzą,
plama słońca jak wyspa, to przecież dużo.

Kiedy nic się nie dzieje, kiedy noce i dnie
tylko nużą,
mieć ogromną nadzieję to przecież dużo.
Otwieram oczy,
A rano w zimie
To rzecz niełatwa.

Dźwigam się z nocy,
Stąpam po linie,
Byle do światła.

Podnoszę rękę,
Odgarniam chmury
Jak przywidzenia.

Zakładam sweter,
Przenoszę góry,
Bieg zdarzeń zmieniam.

Zmieniam bieg zdarzeń,
Kiedy śnieg strącam z gałęzi świerku,
Gdy konfitury wieczorem smażę,
Kocham bez lęku.

Wiele się zdarzy,
Bo będą świty do obudzenia,
Bo ciągle czytać chcę w twojej twarzy,
- pełna zdziwienia.

Otwieram okno
I nagle Ziemia
Rusza do słońca.

Więc się przedzieram
Z nią przez gąszcz cienia.
Deszcz, śnieg roztrącam.

Zrzucam pancerze
Dziwnego kroju
- świt już nie rani.

Teraz w to wierzę,
Bo w mym pokoju
Pachnie jabłkami.

Pachnie jabłkami. Wstaję i idę w piękne nieznane.
Rzeźbię, maluję świat spojrzeniami,
Wierzę w przemianę

- z kropli jest rzeka,
Z okruchu ciepła - drzewo i owoc,
A z moich pragnień - droga daleka.
Więc idę. Idę. Masz moje słowo
Modliłam się o ciebie,
zbudowałam w polu specjalnego Boga,
niejednego.
Był tam, kochanie, Bóg miłości,
Bóg nadziei
i Bóg wyczekiwania.
Wysłuchano mnie nagle
i odjęto mi gniew
i kołyszę się w tobie bezpiecznie,
na razie,
i kołysze się w tobie
jak niemowlę motyla
na razie...
I kołyszę się w tobie zacisznie
i kołyszę się w tobie i słyszę jak wiatr...
na razie...
Modliłam się o ciebie,
zbudowałam w polu specjalnego diabła,
nie jednego.
Był tam, kochanie, czart miłości,
czart gorączki
i czart oszołomienia.
Wysłuchano mnie nagle
i odjęto mi strach,
i kołyszę się w tobie bezpiecznie, na razie,
i kołyszę się w tobie jak święcone w koszyku,
i kołyszę się w tobie lirycznie, na razie,
i słyszę, jak czas, jak czas, jak czas...
Jak ciężko jest patrzeć w te szyby podłużne,
Kobiety półsenne róż z twarzy strzepują,
A obok posępni przechodzą podróżni,
Za nimi jest pejzaż....wojsko maszeruje...

W pejzażu są stoły. Na stołach jest wino.
Przy stole dziewczyna. W dziewczynie jest śmiech.
A w śmiechu jest smutek. I wszystko jak w kinie
W tych szybach podłużnych. W dziewczynie jest śmiech...

I ciężko jest patrzeć: kobiety półsenne...
W kobietach jest miłość. W miłości jest kres.
A potem już tylko są szyby podłużne
I smutek...podróżni...w miłości jest kres.

W podróżnych jest pociąg, stukają w nim koła.
A w kołach jest wieczność, w wieczności jest strach
A w strachu jest cisza. A w ciszy najciszej...
W podróżnych jest pociąg i ciągła kół gra...

Jak ciężko jest patrzeć-wojsko maszeruje...
W żołnierzu jest kula. A w kuli jest śmierć.
A w śmierci jest wszystko. I nic nie ma w śmierci.
A w śmiechu jest smutek. W miłości jest kres.

Przy stole dziewczyna. W dziewczynie jest serce.
A w sercu jest żołnierz. W żołnierzu jest kula.
I ciało żołnierza już ziemia przytula...
I płacze dziewczyna...mijają podróżni...
Gdy mnie będziesz już miał dosyć,
to wystarczy mnie wyprosić,
raz pokazać drzwi.

Tylko - jeśli Bóg pozwoli -
nie zabijaj mnie powoli,
zrób to raz, dwa, trzy,
zrób to raz, dwa, trzy.

Gdzieś ładniejsza jest dziewczyna,
gdzieś pełniejsza szklanka wina
i weselny ptak,

a więc - jeśli Bóg pozwoli -
nie zabijaj mnie powoli,
zrób to raz, dwa, trzy,
zrób to raz, dwa, trzy.

Są kobiety wampiryczne
i są światy bardziej śliczne
niż na przykład ja,

a więc - jeśli Bóg pozwoli -
nie zabijaj mnie powoli,
zrób to raz, dwa, trzy,
zrób to raz, dwa, trzy.

Skoro wiem, że nie ma piekła,
będzie dobrze, bym uciekła
byle z kim i byle gdzie,

a więc - jeśli Bóg pozwoli -
nie zabijaj mnie powoli,
zrób to raz, dwa, trzy,
zrób to raz, dwa, trzy.

Gdy mnie będziesz już miał dosyć,
to wystarczy mnie wyprosić,
raz pokazać drzwi.

Tylko - jeśli Bóg pozwoli -
nie zabijaj mnie powoli,
nie zabijaj mnie powoli,
nie zabijaj powoli tak.
Ja jestem twoja Marylin Monroe,
Ja jestem twoja Brigitte Bardot.
Przy mnie się czujesz jak Belmondo,
Gregory Peck, Alan Delon.

Dzisiaj ujrzałeś mnie na mieście,
Puściłeś przodem żonę, dzieci.
I zanurzyłeś się pospiesznie w ten tłum, co wyszedł ci na przeciw.
A w domu żona, ta legalna, jak nakręcona pozytywka,
Skrzypi, że jesteś stary łajdak,
Że cię rajcuje byle dziwka.
Nie ważne, że dziś garb swój czujesz, bo ja jedyna tylko wiem,
Że ty się przy mnie wyprostujesz,
Że będziesz znowu super men...

Tu czeka twoja Marylin Monroe,
Tu czeka cię Brigitte Bardot.
Przy mnie się czujesz jak Belmondo
I łasisz się do nóg jak kot.
Ja ci dodaję wiatru w plecy
I fale prujesz, jak żaglowiec.
Przy mnie się urżniesz i wyleczysz
Czy to nie miłe?
... No sam powiedz...

Mój wonderful,
Czy pomyślałeś, skąd biorę siłę by tak było?
Wiesz, w codzienności spopielałej piecze iskierką,
Spora miłość.
Nie czekam w Cannes na Złote palmy,
I róż czerwonych mi nie przynoś,
Wyjąkaj kilka słów banalnych,
Znanych z ekranu w marnym kinie.

Nie jesteś żadna Marylin Monroe,
Na pewno nie Brigitte Bardot,
Lecz serce jakoś mocniej bije, niż wtedy, gdy o tamte szło.
Chodź, wynajmiemy taki pokój, który zastąpi cały dom,
Gdzie będzie miły, nudny spokój
I trochę żal Marylin Monroe.
Do lad, do kantorów, do kas
i czas, który pędzi jak wariat.
W tym zgiełku zabrakło nam pauz,
a życie to nie jest piekarnia -
potrzebne nam czas oraz przestrzeń
i oddech czyjś bliski w noc grzeszną.
Na niebie, po burzach i wietrze,
Zachodzi czerwone słoneczko!

Odpocznij, odpocznij, kochanko i żono
w łagodnym pejzażu, powoju,
by wreszcie, by wreszcie odzyskać straconą
tę siłę, tę siłę spokoju. Odpocznij.

Już dość masz tych napięć, tych słów
rzucanych kamieniem z ekranu.
Już dość gadających masz głów,
wyborców stawianych pod ścianą.
Wieczorem niech będą wieczory,
a rankiem niech ranek się srebrzy.
Niech w głowie nie szumią te spory,
kto większy, silniejszy, mądrzejszy.

Odpocznij, odpocznij, kochanko i żono
w łagodnym pejzażu, powoju,
by wreszcie, by wreszcie odzyskać straconą
tę siłę, tę siłę spokoju. Odpocznij.

Gdy zgasł jupiterów już blask,
łagodnie się sączy świt-światło.
Odpocząć, zanurzyć się czas
w tę naszą najmniejszą prywatność.
Tej ciszy cudownej nam trzeba,
gdy słychać, że z kranu coś siąpi.
Pod oknem wam życzę Romea,
co przyniósł dojrzałe poziomki!

Odpocznij, odpocznij, kochanko i żono
w łagodnym pejzażu, powoju,
by wreszcie, by wreszcie odzyskać straconą
tę siłę, tę siłę spokoju. Odpocznij.
Wirują, wirują tysiące szprych
W kole fortuny matuli,
Ta balladka jest o tych
Co się za pewnie poczuli.

Raz jeden gość w karty grał -
W brydża, pokera, czy wista
I układ wspaniały miał
Lecz kart zbyt mocno nie ściskał.

Wtem światło trach zgasił ktoś,
Karcięta z rąk mu wyrwano,
Do dzisiaj pechowy gość
Wspomina szansę przegraną.

Bo wirują, wirują tysiące szprych
W kole fortuny matuli,
Ta balladka jest o tych
Co się za pewnie poczuli.

I choć wspaniały był start
Nim koniec uwieńczy dzieło,
Może zamienić się w marny żart
Co się tak pięknie zaczę-ę-ło.

Kierując w niełatwy czas
Na przykład autem czy krajem
Zapinaj pas, szanuj gaz,
Gdy stromej drogi gnasz skrajem.
Uważaj na śliski bruk
I nie poświstuj w euforii,
Gdy auto mknie w szosy łuk,
Gdy kraj wchodzi w zakręt historii.
Bo wirują, wirują tysiące szprych
W kole fortuny matuli,
Ta balladka jest do tych
Co się za pewnie poczuli.

I choć wspaniały był start
Nim koniec uwieńczy dzieło,
Może zamienić się w marny żart
Co się tak pięknie zaczę-ę-ło.

Więc kiedy grają co świt
Ambicje twe niespożyte,
Gdy idziesz na górski szczyt,
Zrób sobie obóz pod szczytem.

Tam przemyśl kolejny plan
A teraz schodzę ci z oczu,
Bym w tej balladce i ja
Też się za pewnie nie poczuł.

Bo choć wspaniały był start
Nim koniec uwieńczy dzieło,
Może zamienić się w marny żart
Co się tak pięknie zaczę-ło,
Co się tak pięknie zaczę-ło,
Co się tak pięknie zaczęło.
Za długo milczę
Pewnie chcesz usłyszeć coś ode mnie
Właściwie wszystko jedno co
Byleby słuchało się przyjemnie
Po co wspominać? Padał deszcz
A Ty wybiegłeś ku mnie
Po co powtarzać, sam to wiesz
A ja rozumiem...
Nie będę pytać Cię o zdrowie
Ani czy drażni Cię ta plucha
Bo co właśnie teraz powiem, to bardzo ważne
Słuchaj:

Małe, jasne to jest piwo
Duże, jasne to jest słońce
Mała, czarna to jest kawa
Duża, czarna to jest noc
Noc odchodzi, słońce wschodzi
Chyba nam go nie ubyło
Mała miłość to nic nie jest
Duża miłość to jest MIŁOŚĆ

Łatwo się zgubić wielki świat
I tyle rzeczy na nim
I nie jest wszystko jedno co
Mówią do siebie zakochani
Co jest coś warte, a co kłamie
Bez tego miłość bywa krucha
Prosiłeś, naucz się na pamięć
To bardzo proste
Słuchaj:

Małe, jasne to jest piwo
Duże, jasne to jest słońce
Mała, czarna to jest kawa
Duża, czarna to jest noc
Noc odchodzi, słońce wschodzi
Chyba nam go nie ubyło
Mała miłość to nic nie jest
Duża miłość to jest MIŁOŚĆ
Duża miłość to jest MIŁOŚĆ
To jest MIŁOŚĆ
To jest MIŁOŚĆ..."
Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać,
Chcę tylko wędrować po pastwiskach nieba,
Białozielone obłoki zbierać,
Nie chcę nic więcej, nie chcę nic mniej.

Są jeszcze brzegi na których nie byłam,
Są jeszcze śniegi, których nie wyśniłam.
Są pocałunki na które czekam,
Listy z daleka, drogi pod wiatr.

Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać,
Chcę tylko wędrować po pastwiskach nieba,
Białozielone obłoki zbierać,
Niczego więcej mi nie potrzeba.
A chociaż nie ma tam brzegu mojego,
Śniegów i nieba, nieba zielonego,
Noc mnie nie nuży, dzień się nie dłuży,
Być wciąż w podróży, w drodze pod wiatr.
To jest ulica tanich smutków
To bulwar mych wyblakłych snów
Żigolak z dziwką miłość swą
Grzeją w płomieniach sinych rąk
Gwiazdy tu tłuką się o bruk
Nad ranem mamy wzrok wilgotny
Alkohol nam paruje z głów
Żigolak z dziwką smutni są
Niesie ich kołyszący krok
Bulwarem mych wyblakłych snów
Ten kto szuka , tu mnie znajdzie
Tutaj chodzę wszerz i wzdłuż
Drzemię wsparta o latarnię
Serc pijanych chłodny puls
Wypożyczalnia łachów szczęścia
Pod zastaw naszych ciał i dusz
Żigolak , dziwka oraz ja
Spacer wśród papierowych gwiazd
To bulwar mych wyblakłych snów

Wypożyczalnia łachów szczęścia
Pod zastaw naszych ciał i dusz
Żigolak , dziwka oraz ja
Spacer wśród papierowych gwiazd
To bulwar mych wyblakłych snów...
Że nie dałeś mi dziecka
Pierścionka ani psa
Nie, nie żałuję
Że nie dzwonisz po nocach
Kochanie, tak to ja
Nie, nie żałuję
Nie, ja nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję, miły mój
Nie, ja nie żałuje
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję, miły mój

Że w tym kraju przeżyłam
Te kilka podłych lat
Nie, nie żałuję
Że na koniec się dowiem
Ot, tak się toczy świat
Nie, nie żałuję
Nie, ja nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję, kraju mój
Nie, ja nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję, kraju mój

Że nie dałeś mi, Panie
Zasypiać słodkim snem
Nie, nie żałuję
Że nie byłam przez chwilę
Szarotką ani lwem
Nie, nie żałuję
Nie, ja nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję, panie mój
Nie ja nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci
Dziękuję panie mój
Nie wiem co się ze mną stało,
Nie wiem co się we mnie dzieje,
Wiem ktoś ma duszę i ciało,
Podobno ma jeszcze nadzieję,
Panie doktorze, dlaczego tak
Dlaczego tego mi brak?
Nie przeszkadzam panu, nie?
Przyszłam do pana, jak niejedna,
Pan jest tu po to, by wysłuchać mnie...
A te firanki to jedwab?
Mam usiąść, czy się położyć?
Nieważne, nie o to chodzi...
Zdrożało, za mało nie starcza,
Są buty, a nie w tym numerze,
Zmęczona sklepowa coś warczy,
Jaśminy zakwitły na skwerze,
W popychu w pośpiechu, w zaduchu,
Rajstopy ktoś podarł mi drutem,
Tak jakoś mi nie jest do śmiechu
I smutek i smutek i smutek.
Pan o tym wie, panie psychiatro,
Ten świat mi się zdaje potworny,
Ja wiem w życiu to nie ma tak łatwo,
Nerwica w granicach normy.

Kolejki, kolejki, w kolejkach,
Czy dają, co dają, gdzie dają,
Wśród tłumu, wyprana z rozumu,
Stanęłam, postałam nie mają,
Kto komu, gdzie komu do domu,
Mężowie i dzieci czekają,
Kupiłam!
Nie mówcie nikomu...
Powrotny bilet do raju,
Pan o tym wie, panie doktorze,
Kobieta to człowiek odporny,
Jest źle, czy pan na to pomoże?
Nerwica w granicach normy.

Czy to już wszystko, czy jest tak źle,
Czy to nas wszystkich dotyczy,
Czy mam się śmiać, czy ronić łzę,
Wśród tylu obiektywnych przyczyn,
Odnajdę, potrzymam, porzucę,
Mnie takie się żarty trzymają,
Pojadę, pożyję i wrócę,
Z raju przyjadę do kraju,
Mam szukać, odnajdę, porzucę,
Bo życie to gwałty i sztormy,
Pojadę, pożyję i wrócę,
Nerwica w granicach normy.

Receptę dostałam od pana,
Doktorze, wystałam, dostałam,
Grzmotnęłam to wszystko do zlewu,
Bez gniewu, doktorze bez gniewu,
To życie jest moje, czy czyje?
Źródlanej się wody napiję,
A wtedy nadziejo mnie prowadź,
Jak trzeba to mogę zwariować.
Przeczekam, doczekam się formy,
Łagodna, liryczna diagnoza
Kliniczna:
Nerwica w granicach normy.
To miało urok tajemnicy -
spojrzenia nas nie zdradził głód,
gdy mnie mijałeś na ulicy
ja grałam obcość, a ty chłód.

Może poczułeś się znużony,
to w końcu dość banalna gra,
tak łatwo o fałszywe tony,
tylko o jedno czuję żal:

Znałam cię przecież i się dziwię,
może się bałeś głośnych scen,
wolałeś głupio i tchórzliwie
bez pożegnania rozstać się...

Mówiłeś mamy swoje życia -
zbyt późno już na zmianę ról
i jedną miłość do ukrycia,
po co nam jeszcze cudzy ból.

Ty ją zdradzałeś, a ja jego
i wiedzieliśmy - ty i ja -
że nie umiemy zmienić tego,
że wiecznie to nie może trwać.

Znałam cię przecież i się dziwię,
może się bałeś głośnych scen,
wolałeś głupio i tchórzliwie
bez pożegnania rozstać się.

O tej miłości, jaka była,
wiem wszystko, kiedy przyszedł kres.
Nie powiedziałeś "żegnaj miła"
żeby mi powód dać do łez
Wiatr
Jaki wiatr
W kurtynę nocy dmie

Na pustej scenie
Ciemne przestrzenie
Zaraz pochłoną mnie

Dal
Jaką dal
Skrywa szkarłatny zmierzch

By ją odnaleźć
Muszę oszaleć
Pobiegnę tam gdzie kres

Nagły zachód słońca
Słońca wschód
Odmierzę tańczącą
Parą nóg
Po to tańczę, tańczę
Poprzez mrok
By ukoić istnienia głód

Wiatr
Jaki wiatr
Niesie świetlisty pył

Słońca, księżyce
Domy, ulice
Pędzą kontury brył

Dal
Jaką dal
Kryje kulisa mgły

Na wielkiej scenie
Jedno istnienie
I dekoracji zgrzyt

Uwięziona w czasie
Wyrwę się
Przez kolczasty zasiek
Będę biec
Zgubię, zgubię pogoń
Zmylę ślad
I nie znajdzie mnie
Moja śmierć
Już spakowałam twoje książki,
włożyłam do wielkiej paczki,
kupiłam sznur, niedługo wyślę.
Tamte pieniądze z białej szafki
oddałam, rzecz jasna, matce.
Prawie już o tobie nie myślę.

Czasem dzwonię w nieważnej sprawie,
na przykład choruje pies.
Nic już nie wiem, nie pytam prawie
i tylko ten stuk, ten stukot w głowie
kto tam u ciebie jest, kto tam jest...
Kto tam jest, czyja grzechocze jak grzech kostka lodu
kto tam u ciebie jest, od wschodu do zachodu...
Ręce mam teraz bardziej spokojne,
do miast już tak się nie rwę.
Wciąż lubię wiatr i trochę czytam.
Myślę o śmierci, zanim zasnę,
bo to jest być może powrót.
Jestem wciąż niejasna, niesyta...

Czasem dzwonisz w nieważnej sprawie
i to jest prawdziwy gest.
Nic już nie wiem, nie pytam prawie
i tylko ten stuk, ten stukot w głowie
kto tam u ciebie jest, kto tam jest...
Historio, historio,
Co żeś ty za pani,
że przez ciebie giną
chłopcy malowani.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
czarna dyskoteko,
nie pozwalasz wytchnąć
ludziom ani wiekom.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
Co żeś ty za matnia,
pchamy się na scenę,
a to jeszcze szatnia.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
tania z ciebie dziewka,
miała być canzona,
a jest stara śpiewka.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
jaka w tobie siła,
żeś ty całe światy
z mapy poznosiła.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
tyle w tobie marzeń,
bywa, że cię piszą
kłamcy i gówniarze.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
ty żarłoczny micie,
co dla ciebie znaczy
jedno ludzkie życie?
My sprawiedliwi z domu co płonie jak słoma
Idziemy drogą z pieśnią pochwalną na ustach
Za nami pożar ginie w płomieniach Sodoma
Przed nami miejsca na nowe ołtarze dla bóstwa

Czemu ja idę z nimi poprzez pola szczap smolnych
Wbrew tęsknocie co sercem mym targa
Jakże mogę jak oni wznosić pewności psalmy
Kiedy gorycz się ciśnie do gardła

Skąd brać siły gdy ogień wypala korzenie
Kiedy życia zerwany jest wątek
Jak mam drogą tą iść wciąż przed siebie
Gdy nie wiem gdzie tej drogi jest kres gdzie początek

Sieją pomór i pożar ksiąg zamknięte rozdziały
Karmą z ognia pożywia się bóstwo
Nie nadzieja lecz trwoga wiedzie nas drogą chwały
Żeś nie przeszłość a przyszłość jest pustką

Czemu w to co przed nami więcej mamy mieć wiary
Niźli w to co dziś w popiół się zmienia
Czemu Raj nie zaznany żąda od nas ofiary
By dla serc utkać kir zapomnienia

Jaka prawda nam każe w imię ziaren nieznanych
Soczewicę wyplenić jak mlecz
Jakich sądów zakazem z pogorzelisk wygnani
Nie możemy oglądać się wstecz

Czemu ja idę z nimi poprzez pola szczap smolnych
Wbrew tęsknocie co sercem mym targa
Jakże mogę jak oni wznosić pewności psalmy
Kiedy gorycz się ciśnie do gardła

Skąd brać siły gdy ogień wypala korzenie
Kiedy życia zerwany jest wątek
Jak mam drogą tą iść wciąż przed siebie
Gdy nie wiem gdzie tej drogi jest kres gdzie początek

Głowę zwracam powoli nie opuszczam powieki
Stoję jak ten słup soli tak stać będę przez wieki
Jestem solą tej ziemi która ginie w płomieniach
Jestem drogi początkiem drogowskazem sumienia
Ach, kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz noc w środku dnia
Czarne niebo zamiast gwiazd
Zobaczysz wszystko to samo
Co ja

A ziemia zobaczysz
Ziemia to nie będzie ziemia:
Nie będzie cię nosić
A ogień, zobaczysz
Ogień to nie będzie ogień:
Nie będziesz w nim brodzić

A woda, zobaczysz
Woda to nie będzie woda:
Nie będzie cię chłodzić

A wiatr, zobaczysz
Wiatr to nie będzie wiatr:
Nie będzie cię koić

Ach. kiedy ona cię kochać przestanie:
Zobaczysz!
Zobaczysz obcą własną twarz
Jakie wielkie oczy ma strach;
Zobaczysz wszystko to samo
Co ja

A ziemia, zobaczysz
Ziemia to nie będzie ziemia:
Nie będzie cię nosić

A ogień, zobaczysz
Ogień to nie będzie ogień:
Nie będziesz w nim brodzić

A woda, zobaczysz
Woda to nie będzie woda:
Nie będzie cię chłodzić

A wiatr, zobaczysz
Wiatr to nie będzie wiatr:
Nie będzie cię koić

Wszystkie żywioły będą ci złorzeczyć
Lepiej byś przepadł bez wieści
Wiosennej burzy zielona grzywa
Horyzont smuży, bruki obmywa

A my naprzeciw
A my naprzeciw
Jak dzieci

Skaleczy serce bolesna drwina
Świat się nie kończy i nie zaczyna

A my naprzeciw
A my naprzeciw
Jak dzieci

Oby nam dane było najwięcej
Otwarte oczy i czułe serce

A my naprzeciw
A my naprzeciw
Jak dzieci

Jest frasobliwa radość istnienia
Kto nie przeżywa świata nie zmienia

A my naprzeciw
A my z nadzieją
A my jak dzieci

Niech nas wyśmieją My pomachamy do nich z daleka
Tak długa droga jeszcze nas czeka
Zielony księżyc w niebie stał...
Pijany skrzypek walca grał...
I wtedy on zobaczył ją
I sobie to do serca wziął...
Co ona była ...byle kto,
Czerwone buty...w sercu pstro,
Lecz on nie zaznał odtąd snu
A ona tak szeptała mu...

Ty nie mów do mnie w romantycznej walucie,
Ty bardziej praktycznie do mnie mów!
Bo chwilowo to jesteś jak ta dziura w bucie,
Że szkoda dla ciebie mi słów...
Ty nie myśl że dasz mi abonament na szczęście,
Że skruszysz z ciała mego lód...
Ja nie mam ochoty do tego zamęścia,
No chyba że zdarzy się cud!

W miasteczku każdy wiedział, że
On mógłby dostać takie dwie,
A ten co wcześniej chodził z nią,
To tylko śmiał się...tylko klął...
Co ona była...blada tak....
I drobna tak jak w polu mak,
A on chciał dobrze....i miał sklep...
I serce dał jak ciepły chleb...

Ty nie mów do mnie w romantycznej walucie,
Ty bardziej praktycznie do mnie mów!
Bo chwilowo to jesteś jak ta dziura w bucie,
Że szkoda dla ciebie mi słów...
Ty nie myśl że dasz mi abonament na szczęście,
Że skruszysz z ciała mego lód...
Ja nie mam ochoty do tego zamęścia,
No chyba że zdarzy się cud!

Niedobrze potem było z nią...
Do USA ją jeden wziął....
I tam nie kochał... tylko bił...
I grając w BINGO piwo pił...
Co ona była...szara mysz.
A z Miastka wciąż nadchodził list,
Powracaj gdy ci szczęścia brak...
A ona mu pisał tak...

Ty nie mów do mnie w romantycznej walucie,
Ty bardziej praktycznie do mnie mów!
Bo chwilowo to jesteś jak ta dziura w bucie,
Że szkoda dla ciebie mi słów...
Ty nie myśl że dasz mi abonament na szczęście,
Że skruszysz z ciała mego lód....
Ja nie mam ochoty do tego zamęścia,
No... chyba że zdarzy się cud !
No to czego chcesz?
Moje kiecki chcesz - to bierz.
Nie bogaty z ciebie czart,
bierz co chcesz:
czarne perfumy, tuzin kart.
No to o co grasz?
Parę oczu chcesz - to masz,
pare kobiet, pare lat,
bierz co chcesz,
gramy na forsę: szach i mat.

Pan unosi brew,
pan apetyt ma na krew,
bardzo proszę - podpis mój.
Jasna rzecz, gra jest o skórę,
nie o strój.
No, jak tak to tak.
Jest pergamin, sznur i hak,
popatrz, diable prosto w twarz,
graj va banque.
Moje warunki dawno znasz.
Na pokuszenie zawiedź mnie,
w niebo-piekło ze mną zagraj raz.
Przypomnij zapach grzechu, wstrzymaj czas.
Ach, na pokuszenie,
zawiedź,
zawiedź,
zawiedź,
zawiedź mnie.

No to czego znów?
Już dostałeś stada krów
i czerwony nosisz pas,
a ty co?
Nowe rozdanie,
jeszcze raz?
Gwiżdzę na ten świat,
chcesz - to gramy, bo to grat.
Miska wody,
mury gór,
szary świt,
czarne perfumy,
błagań chór.
Na pokuszenie zawiedź mnie,
w niebo-piekło ze mną zagraj raz.
Przypomnij zapach grzechu, wstrzymaj czas.
Ach, na pokuszenie zawiedź,
zawiedź,
zawiedź (....)
zawiedź mnie.
Jonny, wenn du Geburtstag hast,
Bin ich bei dir zu Gast
Für eine Nacht.
Jonny, ich träume so viel von dir,
Ach, komm doch mal zu mir
Nachmittags um halb vier.
Jonny, wenn du Geburtstag hast,
Und mich dein Arm umfaßt
Für eine Nacht.
Jonny, dann denke ich noch zuletzt,
Wenn du jeden Tag Geburtstag hättest.
Kiedy serce śpi, daj odpocząć mu
Przecież czeka je nowy ból
Na czas jakiś wejdź w codzienności tło
Mniejsze dobro w niej, mniejsze zło

Pośród zwykłych spraw niech mijają dni
A ty żyj!

Kiedy serce śpi, daj odpocząć mu
By nabrało sił, przecież czeka je nowy ból
Kiedy serce śpi, jak zmęczony ptak
Nie budź nigdy go, sił mu brak
Jest zmęczone twych uczuć zmienną, grą,
Niechaj sobie śpi, a ty z nim

Pośród sennej mgły niech mijają dni
Serce śpi
Zęby wzlecieć znów, żeby znów się wzbić
Musi nabrać sił, nim nadejdzie to, co ma być
Kiedy serce śpi, daj odpocząć mu
Przecież czeka je nowy ból
Kiedy zbudzi się, wtedy da ci znak
Zatrzepoce jak w sidłach ptak
Jeszcze wyrwie się, jeszcze jeden raz
Frunie w blask

Kiedy serce śpi, miłość zbudzi je
Znów tęsknota, lęk, gorycz, radość
W nie, wejdzie w nie
Kiedy serce śpi, daj odpocząć mu
Przecież czeka je nowy ból
Na czas jakiś wejdź w codzienności tło
Mniejsze dobro w niej, mniejsze zło
Pośród zwykłych spraw niech mijają dni
A ty żyj!
Kiedy serce śpi, daj odpocząć mu
Przecież czeka je nowy ból
Na naszą słabość i biedę,
niemotę serc i dusz.
Na to, że nas nie zabiorą
do lepszych gór i mórz.
Na czarnych myśli tłok,
na oczy pełne łez
lekarstwem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.

Na ludzką podłość i małość,
na oschły Boży chłód.
Na to, że nic się nie stało,
a zdarzyć miał się cud.
Na szary mysi strach,
bliźniego wrogi gest,
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.

Tu kukły ludźmi się bawią,
tu igra z nami czas.
Tu wielkie młyny nas trawią
i pył zostaje z nas.
Na to, że z pyłu pył
i za początkiem kres
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.

Na krajów nędzę i smutek,
na okazałość państw,
policję, kłamstwo i nudę,
potęgę małych draństw.
Na nocny serca ból,
że człowiek żył jak pies
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli miłość jest...
Ta miłość niewyznana, zawstydzona sobą,
nieśmiała jak dziewczyna przed pierwszym występkiem.
Nie odważę się nawet dotknąć twego czoła,
chociaż marzę o pocałunku twoich niemych warg.
Ile razy tak stałam, wczoraj przed stuleciem, przed potopem,
tak dawno, że przedtem tylko mrok.
Ile razy mówiłam nie mówiąc do Ciebie,
pokochaj, pokochaj,pokochaj mnie.
Zapadały się miasta, wybuchały gwiazdy,
rzeki obejmowały ziemię ramionami wód.
Ja patrzyłam Ci w oczy,żałosna Kasandra,
wiedząc o wszystkim wiedząc, tysiące lat w przód.
Ta miłość niewyznana taka ma pozostać,
bo tylko w (...) będzie prawdziwie lśnić.
Twoje oczy komety, nie mnie już świecące,
przywołał, przywołał samotny grób.
Obejdzie się bez dotknięć, bez ślepej czułości,
która powleka palce aksamitem łąk.
Obejdzie się bez upojeń, ciał dzikiej gonitwy,
poprzez eksplozję trzewi,poprzez obłęd krwi.
I będę tak stała o krok,o świat od Ciebie,
z tym wyznaniem, wstrzymanym w kącikach ust.
To nie prawda,że płaczę, nie kochanka, nie żona,
umarła,wierny nikt.